środa, 5 czerwca 2013

Ciasto z truskawkami i lekkim kremem maślankowo-waniliowo-cytrynowym

No i okazało się, że nie umiem robić ciast.
  Ciast idealnych.
Na szczęście potrafię smaczne :).
 Nawet jeśli się okaże, że konsystencja kolejnego nie jest "jak z cukierni", nie będę się przejmować. Najwyżej przełoży się je na talerzyk w kawałkach i zje łyżeczką. Prawda? A ja będę czerpać satysfakcję z tego, że niektórzy po cichutku myślą sobie, że może fajnie by było talerzyk wylizać.
Uświadomiłam sobie ten brak ciastowej biegłości podczas Dnia Sąsiada. Znowu nie wygrałam konkursu. I to nawet nie chodzi o to, że nie zgarnęłam głównej nagrody (fajna była, oj fajna), tylko o SATYSFAKCJĘ. Fruwałabym pod drzewami z dumy jak paw, a tak... nie podrapię się o gałęzie :). Poza tym, do niewygrywania coraz bardziej się przyzwyczajam :).
Dzień Sąsiada to dla mnie coś bardzo fajnego. Małe ojczyzny, lokalne społeczności. Zaczynam je coraz bardziej cenić. Może się starzeję? Jako dziecko żyłam w wielkim blokowisku w dużym mieście. Dużo tam łatwiej o anonimowość. Przeprowadziłam się na przedmieścia, puściłam dzieci do małej, rejonowej szkoły i zaczęłam wsiąkać w społeczność. Z coraz większą radością. Już nawet nie mruczałam pod nosem na kolejne popołudnie spędzone na dekorowaniu sali w szkole, bo wiedziałam, że następnego dnia będzie świetne Święto Szkoły, na którym spotkam znajomych, weźmiemy udział w rodzinnych konkursach, pozbędziemy się powagi, spędzimy miło czas i staniemy się sobie bliżsi, nie anonimowi. Niestety zmieniła się dyrekcja, zmieniła się formuła.
Pojawiła się za to impreza z okazji Dnia Sąsiada. Też spotykam tam znajomych. W przyszłym roku upiekę kolejne ciasto. Wcale niekoniecznie, żeby wygrać. Tylko, żeby podzielić się z innymi (wszystkie ciasta biorące udział w konkursie zostały rozczęstowane wśród chętnych. Ale była wyżerka :) ).
W tym roku Tarzynkę reprezentowało.... . Ciasto w smaku genialne. Z lekkim, maślankowo-cytrynowym kremem i mnóstwem truskawek. 


Ciasto z truskawkami

składniki na formę o średnicy 28 cm:
  • kruche ciasto:
    • 175 g (ok. 1 szklanka) mąki pszennej + do podsypywania
    • 40 g (4 łyżki)  cukru pudru
    • szczypta soli
    • 75 g masła
    • 2 żółtka
    • 2-3 łyżki zimnej wody
    • fasola lub ceramiczne kulki do obciążenia ciasta
  • krem: 
    • 1 szklanka maślanki
    • 3 żółtka
    • 55 g (1/4 szklanki) cukru
    • 30 g (3 łyżki) mąki
    • szczypta soli
    • 2 łyżeczki ekstraktu waniliowego  (lub 1 łyżka cukru waniliowego)
    • skórka i sok z 1 cytryny
    • 100 ml śmietanki 30%
  • owoce do przybrania - np. ok. 1/2 kg truskawek
Na stolnicę wysypać mąkę, cukier puder i sól. Wymieszać. Dodać masło pokrojone w kostkę. Szybko wszystko razem posiekać nożem. Uformować kopczyk, zrobić w nim wgłębienie, do którego wbić żółtka i 2 łyżki wody. Szybko zagnieść ciasto. Jeśli składniki nie będą chciały się połączyć, można dodać 1łyżkę wody. Uformować kulę, zawinąć w folię i wstawić na co najmniej 30 minut do lodówki.
Piekarnik rozgrzać do temperatury 180 stopni (z termoobiegiem, jak bez, to do 190).
Okrągłą formę na tartę wysmarować masłem. Ciasto cienko rozwałkować podsypując w razie konieczności mąką. Wylepić ciastem formę. Nakłuć je widelcem. Wyciąć z papieru do pieczenia koło o średnicy trochę większej niż średnica formy. Położyć na cieście, wysypać nań fasolę lub ceramiczne kulki. Zapiekać ok. 10 minut. Zdjąć papier z fasolą/kulkami. Piec ciasto jeszcze ok. 20 minut aż nabierze jasnozłotego koloru. Wystudzić na kratce.
W garnku wymieszać maślankę najpierw z zółtkami, potem z cukrem, mąką i solą. Podgrzewać na małym ogniu cały czas mieszając (najlepiej trzepaczką rózgową). Zdjąć z ognia, gdy masa zgęstnieje i nabierze konsystencji budyniu. Dodać ekstrakt waniliowy, sok i skórkę z cytryny. Szybko i mocno wymieszać, aż masa stanie się jednolita. Odstawić do wystygnięcia. Dobrze jest od czasu do czasu pomieszać, by nie zrobił się kożuch.
Ubić na sztywno śmietankę. Wymieszać z masą. Wyłożyć na upieczony spód. Ułożyć owoce. Schłodzić przez co najmniej 30 minut przed podaniem.



Robiłam to ciasto wcześniej i było ok. Widać dopadł mnie konsystencyjny peszek :). Nic to, i tak zostało zjedzone do ostatniego okruszka :).
Można je robić z truskawkami, ale też malinami, jeżynami, porzeczkami, jagodami i borówką amerykańską. I pewnie jeszcze z mnóstwem owoców, które mi w tej chwili nie przyszły do głowy.

Ciasto zamiast zagniatać na stolnicy, robię w malakserze. Można trzymać je surowe w lodówce 2-3 dni. Można też zamrozić (do 3 miesięcy).

Przepis znaleziony w książce "Rok w kuchni. Wiosna/lato."

Czerwone owoce w roli głównej

sobota, 1 czerwca 2013

Grissini na zakwasie.

Jestem świetnym pilotem. Naprawdę. Dopóki mój mąż nie kupił sobie GPSa, osiągałam sukcesy w pilotowaniu. Tylko, jak mówiłam, czy ma jechać w prawo, czy w lewo, to zawsze dodatkowo machałam mu ręką. Żeby wiedział, o które prawo chodzi. Bo czasem było to drugie...
Piosenki Misia i Margolci. Świetne są. Miś jadący nie w to prawo, tylko w to drugie zawsze poprawia mi humor :). Słuchaliście je? Ja niestety w czasie przeszłym. Najmłodsze urosły, już ich nie chcą. Płyta gdzieś się zarzuciła. Szkoda...
Jedne piosenki Misia i Margolci lubiłam bardziej, drugie mniej. Z deczka zajeżała mnie piosenka o gryzieniu paluszków. Argument, że lepiej gryźć słone niż swoje, jest dla mnie od czapy. Jedno nie załatwia drugiego.
Staram się nie kupować moim skarbom słonych paluszków. Już wolę upiec im grissini. Nie tylko dzieci je lubią :).



Grissini

składniki:

  • 20 g drożdży
  • 10 ml melasy (2 łyżeczki)
  • 400 ml wody
  • 1/3 szklanki (83 ml) zakwasu żytniego o konsystencji gęstej śmietany
  • 660 g mąki pszennej (ok. 1 l) + ew. jeszcze trochę i do podsypywania
  • 2 łyżeczki soli
  • 30 ml oleju (2 łyżki)
Drożdże rozetrzeć z melasą, 1 łyżką mąki i częścią wody (ok. 30 ml). Odstawić do wyrośnięcia (na 10 - 15 minut, aż pojawi się coś w rodzaju piany na powierzchni). Dodać do nich zakwas, resztę wody, mąkę, sól i olej. Wyrobić elastyczne ciasto. Robię to mikserem ok. 10 minut. Sprawdzam, czy to już naciskając palcem: powinno być sprężyste i wracać powoli do stanu sprzed naciśnięcia.
Z ciasta uformować kulę, włożyć do miski, przykryć folią (wkładam miskę do dużego worka plastikowego) i odstawić na ok. 1 godzinę do wyrośnięcia. Powinno podwoić swoją objętość.
Rozgrzać piekarnik z kamieniem do pieczenia do 230 stopni Celsjusza.
Wyłożyć ciasto na stolnicę wysypaną mąką. Podzielić na 2-3 części. Każdą rozwałkować na placek o grubości ok. 1 cm podsypując mąką. Pokroić nożem na ok. 0,5 cm długie paski. Ułożyć je na przykład na desce wyłożonej papierem do pieczenia.
Spryskać piekarnik wodą. Zsunąć na kamień papier z grissini. Piec ok. 10 minut aż paluszki nabiorą jasnozłotego koloru i staną się chrupiące. Studzić na kratce.

 
Melasę z powodzeniem w tym przepisie zastępuję 10 ml (2 łyżeczkami) cukru dark muscowado. Jeśli nie jest dostępne ani jedno ani drugie, można swobodnie wsypać  łyżeczkę zwykłego białego cukru.
Gdy nie ma się kamienia, to należy w piekarniku rozgrzać grubą blachę i na nią zsuwać papier z paluszkami albo po prostu od razu układać grissini na blasze na papierze do pieczenia.
 

Grissini zabraliśmy na dzieńdzieckowy piknik.  Świetnie podgryzało się je na trawie. I wcale nam nie przeszkadzało, że tym razem nie wyszły nam najrówniejsze i przypominały wiecheć gałęzi :).


Czas na piknik z home&you - półmetek!

czwartek, 30 maja 2013

Zupa szparagowa - sknerowatość mi krzyczy, by nie wyrzucać odłamanych końcówek.

Szparagi mają zdrewniałe końce - prawda. Odłamuję je i... szkoda mi wyrzucić. Czasem całkiem sporo szparaga odpada. Dalej jest pyszne, tylko łykowate. Świetnym sposobem na wykorzystanie końców jest zupa. Gotuję ją na odpadkach i obierkach, miksuję i przecieram przez sitko. Wszystko co niedobre na nim zostaje. Wszystko, co smaczne wpada do garnka. 
Bajka!
No prawie, przy tym przecieraniu przez sitko jest trochę roboty, co z bajki czyni żmudną codzienność :).


Zupa szparagowa wykorzystująca końcówki
wersja dla gotujących szparagi w wodzie



składniki:
  •  końcówki i obierki z dwóch, trzech pęczków szparagów
  • 1/2 litra wody z gotowania szparagów
  • 1/4 litra bulionu warzywnego (może być drobiowy)
  • 1/2 szklanki mleka (można zastąpić bulionem)
  • 1/2 szklanki śmietanki
  • sok z 1/2 cytryny
  • gałka muszkatołowa (ok. 1/8 łyżeczki)
  • sól
  • ew. pieprz (używam białego, bo mi kolorystycznie pasuje)
  • 2-3 łyżki oliwy, oleju bądź masła najlepiej klarowanego
W garnku z grubym dnem rozgrzać tłuszcz. Wrzucić końcówki szparagów i obierki. Smażyć mieszając, aż zacznie wydobywać się szparagowy zapach. Zalać gorącą wodą z gotowania i pogotować 15 -20 minut, aż będą miękkie. Lekko przestudzić. Zmiksować. Przetrzeć przez sito wyrzucając twarde włókna. Dodać bulion, mleko, sok z cytryny. Posolić, przyprawić tartą gałką muszkatołową, ew. pieprzem. Zagotować. Dodać śmietankę.


Zupa szparagowa wykorzystująca końcówki
wersja dla pieczących lub smażących szparagi

składniki:
  • końcówki i obierki z pęczka szparagów 
  • 1 pęczek szparagów
  • 3/4 litra bulionu
  • 1 szklanka mleka (można zastąpić bulionem)
  • 1/2 szklanki śmietanki
  • sok z 1/2 cytryny
  • gałka muszkatołowa (ok. 1/8 łyżeczki)
  • sól
  • ew. pieprz (używam białego, bo mi kolorystycznie pasuje)
  • 2-3 łyżki tłuszczu (oliwy, oleju lub masła najlepiej klarowanego)
Szparagi umyć i pokroić na 3-4 cm kawałki. W garnku z grubym dnem rozgrzać tłuszcz. Wrzucić kawałki w tym końcówki szparagów i obierki. Smażyć mieszając, aż zacznie wydobywać się szparagowy zapach. Zalać gorącym bulionem i pogotować 15 -20 minut, aż będą miękkie. Lekko przestudzić. Zmiksować. Przetrzeć przez sito wyrzucając twarde włókna. Dodać mleko i sok z cytryny. Posolić, przyprawić tartą gałką muszkatołową, ew. pieprzem. Zagotować. Dodać śmietankę.

Jeśli zupa ma w sobie za dużo goryczki (zdarza się), to należy ją trochę rozrzedzić. Najlepiej bulionem. Wychodzi z każdego rodzaju szparagów: białych, zielonych, z fioletowymi główkami. Też z mieszanych. Pieprz można pominąć. Można też użyć czarnego (jest łagodniejszy niż biały). Podaję tę zupę samą albo posypaną natką pietruszki. Moje córy uwielbiają ją z grzankami.



Kurde, mam zakwas w przedramieniu. Od przecierania przez sitko. Fuj!


Natchnieniem mojej zupy był przepis znaleziony w rewelacyjnych "Smakach i aromatach". Stoją u mnie na półce i cały czas lubię do nich zaglądać. 

wtorek, 28 maja 2013

Wspomnieniowy domowy makaron.



W czasach głębokiego socjalizmu, gdy byłam dziewczynką, "kupne" makarony nie gościły w moim domu. Były szybciutko zagniatane przez babcię lub mamę, rozwałkowywane i krojone. Pyszne.
Potem babcia zaczęła żyć w naszych wspomnieniach, ja w swoim domu zaakceptowałam "kupne", a i mama z czasem się do nich zaczęła przekonywać. Cóż, gorszy pieniądz wypiera lepszy. Widać tak samo jest z makaronami.
Z czasów głębokiego socjalizmu pamiętam przyprawę do zup w płynie zwaną przez dorosłych "maggi". Długo nie wiedziałam właściwie dlaczego. Nazywała się po prostu "przyprawą do zup", a w składzie miała tylko tajemniczo brzmiący hydrolizat białkowy. Była słona i smaczna. Stała na kuchennym stole wiecznie dostępna.
Potem dowiedziałam się, że "maggi" to nazwa jeszcze sprzed wojny. Że babcia takiej przyprawy używała i że ta, którą mamy, to jej podróbka. Jeszcze później się doczytałam, że została stworzona przez Josepha Maggi po to, by ułatwić życie kobietom, które pracowały, nie miały czasu ani energii by gotować długo, treściwie i smacznie. By rodziny pracujące też mogły dobrze jadać. Prawda to czy legenda? Nie wiem.
Receptura orginalnej przyprawy jest strzeżoną tajemnicą, ale wieść głosi, że zawiera wyciąg z lubczyku. Lubię to zioło, używam, niektórzy mówią na niego "maggi" - rzeczywiście ma podobny do przyprawy aromat.
Wiem, glutaminian sodu i sól. Nie należy ich nadużywać. Jednak sentyment powoduje, że zawsze w domu mam "maggi". Nie stoi już na stole, czeka schowana w szafce. Czasem podkręca nam smak potraw.


Domowy makaron

składniki:
  • 2 szklanki mąki pszennej + do podsypywania
  • 3 jajka (najlepiej z wolnego wybiegu)
  • 1/2 łyżeczki soli
  • woda (3 - 4 litry) + sól (1 łyżka) do gotowania makaronu
Mąkę przesiać na stolnicę usypując z niej kopczyk. Wbić do niego jajka (umyte) i posolić. Najpierw delikatnie wymieszać, potem zagnieść elastyczne, dość twarde ciasto. Przykryć ściereczką albo zawinąć w folię spożywczą. Odłożyć na 15 - 30 minut, aby odpoczęło.
Ciasto podzielić na dwie części. Jedną odłożyć, drugą bardzo cienko rozwałkować.
Po rozwałkowaniu posypać mąką i ostrym nożem pokroić na pasy szerokości 3-4 cm. Ułożyć je jeden na drugim (między każdym pasem musi być mąka, w przeciwnym razie podczas krojenia makaron będzie się sklejał). Przekroić na pół (tak jest wygodniej) i zaczynając od środka pokroić na cieniutkie paseczki. Pokrojony makaron zagarnąć od dołu dłońmi (tak jak łycha koparki zagarnia ziemię) i delikatnie rozrzucić. Paseczki powinny się w tym momencie porozdzielać. Podobnie postąpić z drugą częścią ciasta.
Zagotować wodę (sporo), posolić. Wrzucić makaron do wrzątku, zamieszać, gotować ok. 3 minuty od wypłynięcia. Odcedzić.


Pokrojony makaron można ususzyć i trzymać parę tygodni w papierowych bądź płóciennych workach. Gotuje się go podobnie jak świeży, tylko trwa to trochę dłużej.

Jadaliśmy ten makaron w zupach. Omaszczony masłem z sałatką z pomidorów był pysznym drugim daniem. Gdy babcia chciała, by było go więcej, dodawała do ciasta trochę wody (1 łyżka na jajko) i więcej mąki.

Rzadko go robię. Trochę nie starcza mi czasu, trochę z lenistwa. Choć wcale nie jest to trudne. Jego zapach i smak naprawdę są warte trudu włożonego w przygotowanie.


Dlaczego w poście o maggi makaron? Bo wcale nie zapamiętałam, że kropiłam ją sobie do zup. To było takie zwyczajne. A makaron czasem/często zostawał z obiadu. Wtedy babcia podsmażała go na maśle, aż był chrupiący. Skrapiała (z umiarem) maggi i nas wołała. Najpyszniejsze jedzenie pod słońcem! Nieczęsto, ale taki makaron gości u mnie w domu. Przyrumieniony, chrupiący, z podkręconym przyprawą smakiem i koniecznie w towarzystwie jakiejś surówki. Albo pomidorów. Nie potrafię mu się oprzeć :).

 

czwartek, 23 maja 2013

Pokrzywowe jęczmieniaki czyli samo zdrowie.


  No i się zanemizowałam. Niby nic mi nie jest, ale zrobione profilaktycznie badania krzyczą: masz za mało żelaza. Ki diabeł? 
Nienawidzę wątróbki. To prawda. Podchodziłam do niej tyle razy z mizernymi efektami, że już się boję kolejny raz próbować. Może niesłusznie... Jednak wybieram herbatki z pokrzywy. Mając nadzieję, że wystarczy. Bo w pokrzywie jest mnóstwo żelaza. Wprawdzie niehemowego, czyli takiego, które trudniej się przyswaja. Jest też witamina C, która to przyswajanie ułatwia. W starej już książce "Kuchnia i medycyna" profesor Julian Aleksandrowicz pisał, że picie codziennie kubka naparu z pokrzyw nie wiedzieć czemu przeciwdziała anemii. Właściwie dlaczego nie wiedzieć czemu?
O szpinaku też pisali, że jest w nim mnóstwo żelaza. Męczyli biedne dzieci w przedszkolach obrzydliwie wyglądającą papką, każąc jeść i mamiąc, że dzięki temu zostaną strażakami (już wtedy ten zawód jakoś mnie nie pociągał). Potem się okazało, że to była pomyłka. Ktoś robiąc badania źle postawił przecinek i zawyżył ilość żelaza w szpinaku dziesięciokrotnie. Tylko dlaczego powtórzono badania dopiero po około stu latach? A może się mylę? W każdym razie szpinakowa papka zniknęła z menu przedszkolnego moich młodszych dzieci (starszych nie ominęła niestety).
W pokrzywie jednak żelazo jest. Całkiem sporo (1,7 mg w 1g suchego surowca). Te pite codziennie herbatki raz mnie wyciągnęły z anemii. Inna sprawa, że nie była wtedy bardzo duża. Za drugim razem już tak nie podziałały. Jedynie mogły wspierać farmakologię.
A pokrzywa i tak jest zdrowa. Ma wysoką zawartość białka porównywalną do roślin strączkowych (10 - 20 %). Wspomnianą już witaminę C, jak i inne składniki istotne dla działania układu czerwonokrwinkowego: foliany, witaminę B1, B6 i K. Dużo potasu i wapnia (czyli jeśli Cię męczą skurcze, to jedz pokrzywę, nie tylko banany :) ). Zawiera też nuraceutyki, czyli związki przeciwnowotworowe. Również związki poprawiające odporność i przeciwdziałające reumatyzmowi.
Same parzące zdrowie!
 

Pokrzywowe jęczmieniaki


składniki:
  • 1 szklanka kaszy jęczmiennej
  • 1 łyżka oleju
  • 275 g białego sera
  • 125 g chedara (można zastąpić innym twardym serem żółtym)
  • 2 jajka 
  • spory pęczek pokrzywy czyli ok. 1,5 szklanki liści
  • szczypta + 1/2 łyżeczki soli
  • 1 łyżeczka suszonego tymianku
  • 1/4 łyżeczki pieprzu (niekoniecznie)
  • płatki jęczmienne do obtaczania (można zastąpić owsianymi) 
  • ew. olej do smażenia
W rondelku rozgrzać 1/2 łyżki oleju, wsypać kaszę, poprażyć mieszając, zalać wrzątkiem, wsypać szczyptę soli i przykryć. Gotować na małym ogniu przez 20 minut. Wystudzić. 
Piekarnik rozgrzać do 170 stopni (z termoobiegiem, bez - do 180).
Utrzeć ser żółty. Pokrzywę opłukać, osuszyć, poobrywać listki i posiekać.
W malakserze zmiksować kaszę i biały ser (nie trzeba na gładką masę, tak mniej więcej). Dodać pokrzywę, tymianek, sól, pieprz, żółty ser i jajka. Dokładnie wymieszać. Formować nieduże, owalne kotleciki. Obtaczać w płatkach. Układać na wysmarowanej tłuszczem blasze lub na macie silikonowej. Wstawić do gorącego piekarnika. Piec ok. 20 minut.

Aby listki pokrzywy nie parzyły, trzeba je sparzyć wrzątkiem. Siekać można je nożem, można w malakserze. Kaszę i ser biały można przepuścić przez maszynkę do mięsa. Myślę, że kotleciki też wyjdą, jeśli ser zostanie rozduszony widelcem  i dobrze wymieszany z resztą składników (choć istnieje obawa, że mogą się wtedy trochę rozpadać). 
Zamiast je piec, można usmażyć na rozgrzanym oleju. Pewnie będą nawet smaczniejsze, ale trochę mniej zdrowe.


Kotleciki wyszły bardzo smaczne. Całkiem sporo ich było. Odgrzewałam je też w piekarniku: wstawiałam do zimnego i jak nagrzał się do ok. 130 stopni - wyjmowałam. Całkiem fajny sposób.
Jęczmieniaki najbardziej mi smakowały z sosem czosnkowym i  surówką z kapusty lub zieloną sałatą. Jednak po cichu Wam się przyznam, że w smaku bardziej mi odpowiada szpinak. Szkoda, bo u mnie nie rośnie, a pokrzywa jako chwast ma się całkiem dobrze :). No i jest zdrowsza niż szpinak.

Wiadomości o pokrzywie zaczerpnęłam od pani doktor Aleksandry Kapały. Możecie o niej też poczytać u Adrii w Ziołowym Zakątku (mnie na przykład zaskoczyło, że pokrzywa może być przędzą, czyli że można z niej robić materiały i to o całkiem pożytecznych właściwościach). Czy to, że siostra tkała z pokrzywy ubrania by odczarować braci w "Dzikich łabędziach" Andersena, nie było tylko wytworem wyobraźni autora? Być może...



Jęczmieniaki zabiorę na piknik do Księżycowego Królika. Wezmę też trochę sosu czosnkowego. Myślicie, że ktoś się skusi? Ja na pewno.

Czas na piknik z home&you - półmetek!

Pokrzywę należy zbierać w miejscach czystych (okolice, gdzie jeżdżą samochody trzeba omijać dużym łukiem). Sądzę, że w maju jest najdelikatniejsza, jednak wbrew obiegowym opiniom można ją zbierać przez całe lato. Pewnie prawdą jest, że jeśli już kwitnie, to ma mniej drogocennych składników, ale pokrzywy przed kwitnienieniem bywają też w innych miesiącach niż maj (wiem, bo mój trawnik jest raczej łąką i pokrzywa na nim występuje, więc ją obserwuję :) ). Młodą zbiera się w całości, ze starszej tylko górne liście, bo są delikatniejsze. Jeśli chce się ją oczywiście jeść, bo coś podejrzewam, że na "herbatki" nadają się wszystkie liście i łodygi też.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...