Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jogurt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jogurt. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 maja 2014

Ciasto jaglane z rabarbarem - bez glutenu, jajek i nabiału



Są ludzie i są parapety, mawia moja najstarsza córka. I coś w tym jest. Czasami ktoś, o którym myślę, że jest fajny, miły, dobry, zachowuje się tak, że aż mnie zatyka ze zdziwienia, że tak można. No i okazuje się, że nie ludź, a parapet. I co z tym zrobić? Przejąć się? Szkoda nerwów. Potraktować "siłom i godnościom osobistom"? Tak lepiej. Tylko, żeby naprawdę, żeby w środku czuć, że nie boli, a nie tylko pokazywać, że wszystko w porządku. 
A żeby w środku nie bolało, to trzeba mieć gdzie ładować akumulatory. Mieć grono, na które można liczyć. Z którym beczkę soli się zjadło i o którym wiadomo, że jak naprawdę coś się stanie, to nie zostanie się samemu. Nawet jeśli w zaganianiu codziennym nie ma czasu na częste kontakty, spotkania. 
Mam to szczęście, że w moim życiu są ludzie ważni dla mnie i mi życzliwi. Tak to czuję i dobrze mi z tym. I nawet, jak ktoś zachowuje się, jak parapet, to bardzo się tym nie przejmuję :). 
Klaudyna ogłosiła akcję "Kasza jaglana na słodko". Już myślałam, że się nie wyrobię, mimo że miałam pomysł i składniki. I wtedy okazało się, że jedna z osób, która jest dla mnie ważna (i która na pewno nie jest parapetem) nie powinna jeść glutenu. No a poza tym dziś Światowy Dzień Pieczenia Wprawdzie te wszystkie dni czegoś, to jakaś hucpa, ale... upieczenie czegoś dla ważnej osoby, to fajna rzecz. Specjalnie dla Asi:



 Ciasto jaglane z rabarbarem

składniki na tortownicę o średnicy 24 cm:
  • ciasto:
    • 1,5 szklanki kaszy jaglanej
    • 0,5 szklanki + 9 łyżek cukru trzcinowego demerara (czyli 260 ml)
    • 0,5 szklanki mąki kukurydzianej
    • 5 łyżek mąki ziemniaczanej
    • 1 kg rabarbaru
    • 0,5 łyżeczki mielonego kardamonu
    • 0,25 łyżeczki mielonego cynamonu
    • 80 g masła + do wysmarowania tortownicy (lub margaryny bezmlecznej)
  • sos:
    • 150 ml jogurtu naturalnego
    • 1 łyżeczka cukru z prawdziwą wanilią
    • 0,25 łyżeczki mielonego kardamonu
    • szczypta mielonego cynamonu
Ugotować 1 szklankę kaszy jaglanej (do garnka wlać trochę oleju, wsypać 1 szklankę kaszy, chwilę poprażyć mieszając, zalać 2 szklankami wrzątku, wsypać dużą szczyptę soli, przykryć i na małym ogniu gotować 20 minut). Zostawić do ostygnięcia.
Tortownicę wysmarować tłuszczem.
Piekarnik rozgrzać do 170°C (z termoobiegiem) lub 180°C  (bez).
Ugotowaną kaszę wymieszać z 0,5 szklanki surowej, 0,5 szklanki mąki kukurydzianej, 0,5 szklanki cukru trzcinowego i 3 łyżkami mąki ziemniaczanej. 3,5 szklanki powstałej mieszaniny zmiksować (nie musi być bardzo dokładnie) i wyłożyć nią dno tortownicy. Wyrównać.
Rabarbar umyć, odciąć liście i obrać. Pokroić na 2-3 mm plasterki. Wymieszać z 2 łyżkami mąki ziemniaczanej, 6 łyżkami cukru, 0,5 łyżeczki kardamonu i 0,25 łyżeczki cynamonu. Ułożyć w tortownicy. Posypać pozostałą (niezmieloną) częścią kaszy z dodatkami. Całość posypać 3 łyżkami cukru. Masło (lub margarynę) pokroić na plasterki i ułożyć na wierzchu ciasta. Piec 40 minut, potem odkryć i piec aż wierzch się przyrumieni (trwa to ok. 20 - 30 minut). Studzić na kratce (przed wyjęciem z tortownicy odczekać co najmniej 10 - 15 minut).
W czasie pieczenia przygotować sos: jogurt wymieszać z cukrem z wanilią, kardamonem i cynamonem.
Ciasto można podawać ciepłe lub letnie. Pyszne samo i z jogurtowym sosem.


Użyłam masła, bo my możemy je jeść. Jednak, gdy nie jest dozwolony nabiał w żadnej postaci, można je zastąpić margaryną bezmleczną.
1 szklanka surowej kaszy, to po ugotowaniu ok. 4 szklanki.
Opracowując przepis wzorowałam się na przepisie na szarlotkę jaglaną Olgi Smile.


”kasza
Rabarbalove

poniedziałek, 30 września 2013

Razowy, pszenno - gryczany, jesienny placek warzywny.

Naprawdę protestuję. Ktoś ukradł babie lato. I schował za lejącym deszczem i zimnem złotą polską jesień. Pełną słońca i kolorów. Tylko czasem wygląda zza mokrej zasłony i zachęca do spacerów. Stanowczo za rzadko. A ja tak ją lubię...
Gdy nie jest za gorąco, ale jeszcze nie zimno. 
Gdy słoneczne światło ma najpięknięjsze kolory. 
Gdy liście czarują feerią barw. 
Gdy na bazarze jest kolorowo, obficie i wszystko pachnie i smakuje. Wybieram, kupuję, zwożę do domu. Robię przetwory. I piekę placek warzywny. To jego czas.
Na drożdżach. Duży. Z mąk pszennej razowej i gryczanej (można też zrobić z samej pszennej). Zdrowy. Smaczny. Moje dzieci jedzą tylko chrupiące boczki. Ech, wdrażanie dobrych nawyków żywieniowych mogę sobie między marzenia włożyć. Tyle, że ja naprawdę mam mnóstwo innych, dużo fajniejszych marzeń.



Razowy, pszenno - gryczany placek warzywny

składniki na tortownicę o średnicy 28 - 30 cm:
  • ciasto:
    • 30 g drożdży instant
    • 100 ml ciepłego mleka 
    • 1 szklanka mąki gryczanej
    • 2 szklanki mąki pszennej razowej 
    • 1 łyżeczka soli
    • 2 łyżki oliwy + do wysmarowania formy
    • 200 ml maślanki
  • farsz:
    • 1 średnia cukinia pokrojona w kostkę
    • 1 średni bakłażan pokrojony w kostkę
    • 1 łyżka oliwy bądź oleju
    • 3 średnie pomidory sparzone, obrane ze skórki i pokrojone w kostkę
    • 1 średnia cebula obrana i pokrojona w kostkę
    • 1/3 czerwonej papryki pokrojonej w kostkę
    • 1/2 szklanki sosu pomidorowego (lub 2 ząbki czosnku, 3 pomidory, 1-2 łyżki oliwy i 1/3 łyżeczki soli)
    • 1/2 szklanki jogurtu naturalnego 
    • sól 
    • pieprz
    • 2 -3 łyżki natki pietruszki do posypania
Ciasto:
Drożdże rozmieszać z ciepłym mlekiem i odstawić na 10-15 minut aż ruszą (powinno się utworzyć na powierzchni płynu coś w rodzaju piany). Dodać maślankę, obie mąki, sól i oliwę. Zagnieść elastyczne ciasto i odstawić w ciepłe miejsce na 30-40 minut aż podwoi objętość. Tortownicę wysmarować oliwą. Wyrośnięte ciasto wyłożyć na stolnicę (może być konieczne podsypanie trochę mąką) i rozwałkować tak, by powstało koło o średnicy ok. 38 cm (średnica tortownicy + 2 razy wysokość boków - ciasto ma trochę wystawać powyżej tortownicy, ale należy pamiętać, że przy przenoszeniu ze stolnicy się trochę rozciągnie). Wyłożyć ciastem formę. Odstawić na ok. 30 minut.
Piekarnik rozgrzać do 180 stopni (z termoobiegiem, jeśli bez niego, to do 200 stopni). Przygotować farsz. Wypełnić nim ciasto i polać sosem pomidorowym wymieszanym z jogurtem. Piec ok. 35 minut.
Farsz:
Rozgrzać na patelni olej. Wrzucić kostki bakłażana i smażyć mieszając ok. 5 minut. Odstawić do ostygnięcia. Można też zeszklić cebulę. Ja tego nie robię, ale wychodzi pół surowa. Nam smakuje - co kto lubi. W sporej misce wymieszać warzywa. Posolić i popieprzyć. Włożyć do przygotowanego ciasta.
Sos:
Jeśli używamy sosu pomidorowego, to wystarczy go wymieszać z jogurtem i ew. dosolić.
Można też zrobić sos. W tym celu należy sparzyć i obrać pomidoy. Pokroić je w kostkę. Czosnek obrać i pokroić na 3 - 4 części. W garnku rozgrzać oliwę, zeszklić na niej czosnek, dodać pomidory i sól. Pomieszać. Gotować na małym ogniu ok. 10 minut. Trochę przestudzić i zmiksować. Wymieszać z jogurtem.
Sosem polać farsz. Wstawić do piekarnika na ok. 35 minut. Przed podaniem posypać natką pietruszki.


składniki na tortownicę o średnicy 24 - 25 cm:
  • ciasto:
    • 20 g świeżych
    • 4 łyżki ciepłego mleka
    • 2/3 szklanki mąki gryczanej
    • 2 szklanki mąki pszennej razowej
    • 2/3 łyżeczki soli
    • 1 i 1/2 łyżki oliwy + do wysmarowania formy
    • 140 ml maślanki
  • nadzienie:
    • 1 średnia cebula obrana i pokrojona w kostkę
    • 2 ząbki czosnku obrane i drobno pokrojone lub przeciśnięte przez praskę
    • 1/4 czerwonej papryki pokrojonej w kostkę
    • 3-4 spore różyczki brokułu podzielone na małe części
    • 1 średni pomidor sparzony, obrany i pokrojony w kostkę
    • 1 plaster sera typu feta pokrojony w kostkę
    • 2-3 plastry boczku wędzonego bez skóry, pokrojone w kostkę
    • 2 łyżki listków cząbru górskiego (świetny też będzie tymianek lub rozmaryn w tej samej ilości)
    • 1/3 szklanki sosu pomidorowego (lub 2 ząbki czosnku, 2 średnie pomidory, 1 łyżka oliwy i 1/4 łyżeczki soli)
    • 1/3 szklanki jogurtu naturalnego 
    • sól 
    • pieprz
Tę wersję robi się bardzo podobnie, jak tę powyżej. Różnice są takie, że ciasto trzeba rozwałkować na koło o średnicy ok. 34 cm i że nie trzeba szklić żadnego składnika farszu (choć można cebulę). Piecze się też ok. 35 minut.

Jesienny placek warzywny jest smaczny i na ciepło i po wystygnięciu. Jednak wolę go jeść zaraz po wyjęciu z pieca.

 
Nadzienia się troche różnią. I w sumie nic w tym dziwnego. To raczej idea potrawy niż konkretny przepis. Tzn. dokładnie takie dwa placki, jak opisałam powyżej, zrobiłam i zjedliśmy ze smakiem. Robiłam też trochę inne. Nie trzeba się kurczowo trzymać przepisu. Można modyfikować po swojemu, dostosowywać do tego, co komu smakuje, co jest w domu, albo co zostało na przykład z obiadu (garść podgotowanego kalafiora, ugotowana fasolka szparagowa pokrojona w 2-3 cm kawałki będą jak najbardziej pasować). Również można dodawać inne zioła. Oprócz natki pietruszki i cząbru górskiego świetnie pasowałby tymianek czy rozmaryn. Pewnie, że to będą trochę inne smaki, ale wszystkie godne zrobienia.Też nie należy się przejmować ilością nadzienia. To na szczęście nie apteka i nie lekarstwo: jak go będzie trochę więcej lub trochę mniej, to nic się złego nie stanie.
Bardzo fajne w tym placku jest ciasto. Dodatek mąki gryczanej sprawia, że ma ciekawy smak. Jeśli nie macie maślanki, można zastąpić ją jogurtem naturalnym. Jest on bardziej gęsty, więc może się zdarzyć, że trzeba będzie dodać podczas wyrabiania trochę wody lub mleka (i to i to pasuje).

Jesienny placek warzywny dołączam do wrześniowej listy Wisły z Zapachu chleba "Na zakwasie i na drożdżach". Cieszę się, że zdążyłam :).


Przesadziłam z tymi protestami. Słońce pieści kolorami, czaruje złotą jesienią. Tylko czasami dojmująco deszcz leje. Ot, zwyczajnie. Chyba, czasami... mam za duże wymagania :).

Zielnik Kuchenny 2013

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Ayran

 
Taka ze mnie podróżniczka, jak z koziej... No dobra, nie będę się obrażać, ale coraz trudniej mi wrzucić parę ubrań do torby i wyruszyć. Kiedyś wystarczył plecak, namiot i karimat i świat stał otworem, a teraz... ech. Obrosłam w rzeczy, strzykanie i poczucie odpowiedzialności. W strachy niepotrzebne. 
Czasami udaje mi się je walnąć i na chwilę cichną. Przyczepiona do MMŻ czyli małżona wyruszam. Szukam nastrojów, zwyczajów i smaków. Atmosfery miejsc. Widoków. Zachodzę do lokalnej księgarni i udając poliglotkę od siedmiu boleści dukam, czy może dostanę książkę o lokalnej kuchni po angielsku lub rosyjsku. Bo gdzież ja te smaki znajdę - przecież nie w lokalnej pizzerii (basen Morza Śródziemnego latem (i nie tylko jak na razie) omijam duuuużym łukiem, więc pizzeria nie jest reprezentatywna) lub hamburgerowni. Poczytam chociaż o nich.
W Turcji niestety nie byłam. Ayran odkryłam (oj, wstydzam się, wstydzam) w centrum handlowym. To było parę lat temu i wśród innych przybytków z jedzeniem był jeden turecki. Coś podejrzewam, że mógł być rzeczywiście turecki, a nie podrabiany, bo dość szybko zbankrutował ku mojemu żalowi i gdy kolejny raz tam zawitałam, już go nie było. Otóż z napojów proponowali coca-colę i tajemnicze białe coś kręcące się stale w takiej machinie. Kto ciekawy, nos do kawy, oczywiście wybrałam białe coś. REWELACYJNE. Uwielbiam je od tamtego czasu wielce. Potem sobie pogrzebałam po różnych książkach i czasopismach, dopracowałam recepturę i sama robię. Częstuję krewnych i znajomych, którzy dzielą się na wielbicieli i wielce niechętnych. Obojętny nikt nie pozostaje :).


Ayran

składniki:
  • 350 ml jogurtu naturalnego (może być też gęsty typu greckiego)
  • 150 ml wody mineralnej (używam gazowanej, fajniejszy wychodzi)
  • 1/4 łyżeczki czyli 1,25 ml soli
Wszystkie składniki (powinny być chłodne) połączyć i zmiksować. Ostatecznie wymieszać trzepaczką rózgową (a jak nie ma, to i widelcem od biedy można). 
Pić od razu.

Ayran rewelacyjnie gasi pragnienie. Lubię go zawsze, ale podczas upałów jeszcze bardziej.



W Polsce regionalnej najłatwiej znaleźć kebab lub pizzę. Wiem, bo jak już wychynę z domiszcza i sobie jeżdżę, to żywię do nich niechęć i upieram się przy jedzeniu innych rzeczy. Czasem łatwo nie jest...

sobota, 20 lipca 2013

Śniadanie ze słoika: jogurt, płatki owsiane, jagody i...

Jestem śpiochem porannym niereformowalnym. Typową sową. Wstaję rano (w ostatniej chwili zazwyczaj), ledwo przecieram zapluszczone oczy, bardzo powolutku budzę się do życia. Oj nie jest to pora dla mnie. 
Rano trzeba zjeść. Śniadanie. Cokolwiek. I dobrze by było, żeby nie był to kupny batonik chwycony naprędce. Uj, niedobrze.
Z drugiej strony wiem, że na pewno nie obudzę się wcześniej by to śniadanie przygotować. Tu moja silna wola sugeruje mi, żebym się stanowczo wypchała z takimi pomysłami. No dobrze, przyznaję jej rację i biorę się na sposób. Śniadanie szykuję wieczorem. W słoiku. Wstawiam do lodówki i rano mam jak znalazł. I mogę zajadać ze smakiem: i w biegu, gdy lecę do pracy, i podczas leniwego poranka na tarasie. :)



Domowy jogurt z jagodami

składniki:
  • 150 ml jogurtu naturalnego
  • 1 -2 łyżki płatków owsianych zwykłych
  • 6 łyżek czarnych jagód
  • 1 łyżeczka cukru dark muscowado
Odłożyć 1 łyżkę jogurtu. Resztę pomieszać z płatkami i jagodami. Włożyć do słoiczka, położyć na wierzchu odłożony jogurt, posypać cukrem dark muscowado. Przykryć, wstawić do lodówki by cukier się rozpuścił (tworzy pyszną jakby polewę) i płatki trochę zmiękły. Można na całą noc.



Kwaśnie, no właśnie

wtorek, 10 lipca 2012

Lody, lody dla ochłody - z truskawek i jogurtu

 
Nie są bardzo słodkie, kremowe, ciężkie. Są takie, jak lubimy. Troszkę kwaskowate, leciutkie. Najlepsze tuż po ukręceniu. 
Jakoś tak się stało, że jeszcze w tym roku ich nie jedliśmy, a tu truskawki już się kończą. Niedopatrzenie! Trzeba to koniecznie naprawić. 

Wiecie, że lody znali w Cesarstwie Rzymskim? Mieszali śnieg z owocami i miodem i raczyli się orzeźwiającym smakołykiem. A śnieg brali ze stoków Alp. Prawda, nieprawda? Byli pierwsi czy wyprzedzili ich Chińczycy?

Moja mama opowiadała, że babcia miała maszynę do lodów na korbkę. Niestety jej nie pamiętam. Pewnie się zepsuła i ją wyrzucili :(. Były to dwa pojemniki: większy i mniejszy.  Szło się do lodziarni po lód. Wkładało do wiadra i biegło do domu. Lód umieszczało się w większym, drewnianym pojemniku, sypało na niego sól. Do mniejszego wlewało się masę, która miała się stać lodami, wstawiało do większego z lodem i kręciło. Na balkonie. Właściwie dlaczego na nim?
A jeszcze wcześniej, gdy babcia mieszkała na wsi, zimą wycinało się bloki lodu ze stawu. Przynosiło do piwnicy, okładało słomą. Topił się powoli, długo wytrzymywał. Latem był jak znalazł.
Maszyna do lodu to też dwie metalowe miski i trzepaczka do piany ;). Do większej wkłada się lód, posypuje solą. Stawia się na to mniejszą z przyszłymi lodami i ubija. Hm. Pianę z białek ubijam przy pomocy miksera. Lody też wolę zrobić korzystając z elektryczności i mojej maszyny działającej według znanej i wykorzystywanej od lat zasady. Tylko zamiast lodu z solą używam zamrożonej misy :D.



Jogurtowe lody truskawkowe

składniki na ok. 1200 ml lodów: 
  • 500 g truskawek
  • 160 g (ok. 2/3 szklanki) cukru
  • 450 ml jogurtu
Truskawki umyć, pozbawić szypułek. Zmiksować z cukrem i jogurtem. Wstawić do lodówki, żeby masa dobrze się schłodziła. Podobno najlepiej na 24 h (chyba jednak to przesada). Ukręcić lody. 



Lody można kręcić w maszynie. Można też masę wstawić np. w metalowej misce do zamrażalnika i co godzinę wyjmować i miksować. Po 4-5 godzinach powinny być gotowe. Ten zamrażalnik i miksowanie znam z teorii, nie wypróbowałam. Moja babcia, gdy nie miała już maszyny, wstawiała po prostu masę do zamrażalnika (robiła lody waniliowe, na mleku i jajkach, jednak inne). Pyszne lody miały w sobie kryształki lodu - to trochę przeszkadzało



Lód z solą to znana od dawna mieszanina zamrażająca. Potrafi osiągnąć temperaturę -21,5 stopnia Celsjusza. Chce się rozpuścić, dąży do równowagi z otoczeniem i odbiera z niego ciepło. Maszynka mojej babci zewnętrzny pojemnik miała z drewna, które jest izolatorem i niechętnie oddaje ciepło. Słusznie, tym więcej było pobierane ze środka i w efekcie powstawały lody.

Takie domowe lody są pyszne tuż po ukręceniu. Można je przechowywać w zamrażarce, ale twardnieją na kamień. Przed podaniem należy wyjąć i poczekać chwilę (nawet z 10 minut), aż odtają.


. 

wtorek, 19 czerwca 2012

Owsianka wiosenna

Truskawek mało i jakieś drogie w tym roku. Nic to, zbieram grosz do grosza, dokładam papierek i kupuję. W sezonie łubiankę wożę w bagażniku. Żeby mieć na wymianę, żeby się nie pogniotły.

 
Myślę sobie: jak zostaną, to może dżem machnę.
Nie udaje się. Jeszcze się nie nacieszyliśmy. Wszystko zjadamy ;).
Rano każdy kroi do swojej miseczki. Brak chętnych na talerz i kanapki. Powstają kompozycje, każda inna. To moja ulubiona w czerwcu:



Wiosenna owsianka na śniadanie
składniki:
  • 1/2 szklanki płatków owsianych zwykłych
  • 1 banan
  • 1/2 szklanki truskawek
  • 150 ml jogurtu
  • ew. cukier lub miód do posłodzenia (pomijam, nie jest mi w tym zestawie potrzebny)
 Owoce umyć, pokroić: banana w plastry o grubości ok. 0,5 cm, truskawki jeśli potrzeba - powinny być na jeden gryz. Do miseczki wsypać płatki, włożyć połowę plasterków banana, część truskawek. Zalać jogurtem (ew. wymieszanym z cukrem lub miodem). Udekorować pozostałymi owocami. Gdy oko już się nacieszy: wymieszać i zjadać z apetytem.  


Wiosna, ciepło, długie dni. Mój organizm nie domaga się gotowanych, ciepłych potraw na śniadanie. Płatki można jeść na surowo - taka wiosenna owsianka na ciepłe dni ;). 
Ta potrawa została mi po diecie Montignaca. Zdrowo, błyskawicznie i smacznie. 
Nie jestem już na diecie. Mogę w sumie wszystko posypać wiórkami gorzkiej czekolady. Mniamć ;).



Taką owsiankę jadam nie tylko na wiosnę. Właściwie pojawia się na moim stole przez cały rok. Tylko owoce zmieniam na dostępne. Truskawki zastąpiłam pokrojonym w kostę jabłkiem i dumnie pełni rolę śniadania w menu podanym przeze mnie w akcji Kuchnia 24/7.

wtorek, 12 czerwca 2012

Jogurt - domowa mleczarnia produkuje.

  Jest zdrowy. Tylko niekoniecznie ten ze sklepu z mnóstwem dodatków. Jeśli już, to naturalny.
Jest smaczny. Lubię go jeść. Zazwyczaj z czymś mieszam.
Większość jogurtów jest pakowana do plastikowych opakowań. Podchodzę do nich z pewną taką nieśmiałością. Wolę szklane słoiki, butelki. Może jestem starej daty, może przeraża mnie ilość śmieci, jaką produkujemy.


Kiedyś dawno temu brałam garnek do gotowania mleka. Taki, do którego nalewało się do zewnętrznej komory wody, a do środka mleko. Stawiałam na kuchni i gotowałam. Nic z niego nie kipiało, miał gwizdek, który oznajmiał, kiedy teoretycznie już się zagotowało. No tak, ale mi chodziło również o zagęszczenie. Wyjmowałam gwizdek i na maleńkim ogniu trzymałam garnek, aż mleko straciło ok. 10% objętości. Potem czekałam aż wystygnie. Powinno mieć 43 - 45 stopni. Najłatwiej to zmierzyć termometrem kuchennym, którego nie miałam. Wsadzałam palec (czysty ;) ) i sprawdzałam, czy jest mocno ciepłe, ale nie parzy. Ratunku, to nie było bardzo higieniczne. Mniej więcej taką temperaturę należy utrzymać przez cały czas robienia jogurtu. 
Kiedy już osiągnęłam odpowiednią temperaturę mleka, to brałam kubeczek jogurtu, mieszałam z nim i wszystko wlewałam albo do termosu na jedzenie albo do słoika. Koc, poduszki, opatulałam pojemnik. Czekał ok. 8-10 godzin i... w środku był jogurt.
Wtedy próbowaliśmy go jadać z dżemem i jakoś to nie było to, co tygrysy lubią najbardziej. Przestałam go robić...
Potem okazało się, że jemy coraz więcej jogurtów naturalnych. Ponadto alergolog moich dzieci zaczęła sugerować, że obecność mleka w proszku (niektórzy producenci dodają je już po fermentacji by jogurt zagęścić), nie jest dla nich dobry. Poza tym te plastikowe opakowania - są doniesienia, że nie są najlepsze dla naszego zdrowia. Wierzyć, nie wierzyć, unikać można.
Nie mam już garnka do gotowania mleka. Gdzieś go oddałam, bo wydawał mi się niepotrzebny. Trudno. Gdy chcę gęstszy jogurt, to do ciepłego mleka dosypuję granulowanego w proszku. Ulega ono potem fermentacji razem z całą mieszaniną. Nie jest to konieczne, jogurt też świetnie udaje się bez niego.


Domowy jogurt
składniki:
  • 1 litr mleka  
  • 6 łyżek mleka w proszku granulowanego (niekoniecznie, można też zmienić jego ilość)  
  • 150 ml jogurtu naturalnego (bez żelatyny i tym podobnych dodatków)    
Zagrzać mleko do temperatury ok. 43 - 45 stopni. Ewentualnie dodać mleko w proszku. Dodać jogurt. Dobrze wymieszać. Robię to trzepaczką rózgową.
Przelać do słoika i zawinąć w koc, przykryć poduszkami, opatulić by było ciepło. Można też wlać do słoiczków i wstawić do jogurtownicy.
Odczekać 8 - 10 godzin. Nie zaglądać, nie sprawdzać, nie niepokoić. Poradzi sobie lepiej bez naszej ingerencji.
Wyjąć z opatuleń lub jogurtownicy (w jogurtownicy słoiczki powinny stać bez pokrywek, teraz należy je założyć), chwilę potrzymać na blacie, aż jogurt będzie można włożyć do lodówki. Schłodzić.


Czasami odzywa się we mnie ciocia-dobra rada :). Teraz też to zrobiła i męczyła mnie, żebym koniecznie napisała, że:
  • Jest metoda na uzyskanie mleka w temp. 43 - 45 stopni bez termometru i palca w środku. Połowę należy wstawić do lodówki - musi być zimne. Drugą połowę trzeba zagotować. Po wymieszaniu obu uzyskuje się mleko o pożądanej temperaturze.
  • Pierwszy jogurt do dodania trzeba kupić. Przy kolejnym robieniu można skorzystać z własnej produkcji.
  • Nie jest ważne jakiego mleka się użyje. Jogurt wychodzi praktycznie z każdego (tłustego, chudego, krowiego, koziego, sojowego). Podobno, sama robiłam tylko z krowiego (tłustego i chudego).
  • Nie jest też ważne jakiego typu mleka się użyje. Prosto od krowy, pasteryzowanego, UHT.  Jogurt wyjdzie z każdego. Mleko prosto od krowy (jeśli nie mamy pewności, że na pewno zostało uzyskane w sposób czysty) dobrze jest zagotować i wystudzić. Zapobiegnie to rozwojowi złych bakterii.
  • Różnica między robieniem pod kocem i poduszkami a w jogurtownicy jest taka, że przy pomocy tej drugiej mamy już poporcjowany jogurt w małych słoiczkach. Druga różnica, że jogurtownicę trzeba mieć.
  • To 150 ml jogurtu na litr mleka to pewnie za dużo. Można dać mniej. Z tej proporcji wychodzi - sprawdziłam. Mam jogurtownicę na osiem słoiczków i dodaję 150 ml jogurtu do 1,250 l mleka. Też się udaje. 
  • Niektórzy twierdzą, że przy robieniu w jogurtownicy nie trzeba podgrzewać mleka, wystarczy wlać do słoiczków, dodać do każdego łyżkę jogurtu, wymieszać i już. Coś mi kiedyś nie wyszło, wolę jednak podgrzać wcześniej mleko.
  • Jeśli jogurt wychodzi za kwaśny, to znaczy, że za długo zachodziła fermentacja. Należy ją skrócić. Włożenie jogurtu do lodówki (czyli oziębienie) ją przerywa.
  • Jogurt przechowywany w lodówce wytrzymuje do 5 dni. Potem zaczyna się robić za kwaśny.
  • Gdy chcemy otrzymać gęstszy jogurt, to trzeba pozwolić mu dłużej fermentować - ale nie za długo, bo będzie niesmaczny.
  • Z tego co wiem (mogę się oczywiście mylić), to jogurty typu bałkańskiego otrzymuje się przelewając jogurt na sitko wyłożone gazą i pozwalając mu odciekać przez dobę. Szkoda tylko serwatki. Przy robieniu serów ucieka do niej wapń i wiele dobrych składników. Pewnie z jogurtem jest podobnie. Jak już koniecznie chcę mieć bardzo gęsty jogurt i pozwalam mu odcieknąć, to serwatki używam do pieczenia chleba zamiast wody. 
  • Gdy taki odciekający jogurt potrzyma się dłużej w gazie - tak ze trzy dni - powstaje pyszny serek jogurtowy.Tylko trzeba go postawić na ten czas w lodówce, żeby się nie zepsuł.
  • Jeśli jogurt nie chce się zrobić, to może oznaczać, że mleko było za gorące i zabiło kultury bakterii.

Poza wszystkim innym domowe robienie jogurtu pozwala oszczędzić pieniądze. Jeśli jecie go  sporo, to jest to już kwota zauważalna.W skali roku ;). Albo dłuższej ;). Mimo wszystko piechotą nie chodzi :D.
 Wiem, bo policzyliśmy, że jogurtownica nam się dość szybko zwróci. (Liczyliśmy nie tylko ile kosztowała, ale też uwzględniliśmy, że żre prąd i on kosztuje. Na szczęście niewiele. Oczywiście uwzględniliśmy też koszty składników.) 


środa, 28 grudnia 2011

Śliwkowe pierogi zimą i Bambo.

Nie znoszę wyrzucać jedzenia. Nie wiem, skąd mi się to wzięło, ale tak mam. Może to pokłosie argumentów używanych przez babcię i mamę, jak nie chciałam jeść: "A murzynki w Afryce głodują"?. Argumentu wobec swoich dzieci nie używam - stał się politycznie niepoprawny, zresztą jakoś bardzo nie wpływał na ilość pochłanianego przeze mnie jedzenia. Co najwyżej na moje wyrzuty sumienia. Chyba były spore, skoro tak dobrze go do dziś pamiętam ;).
Skoro mowa o niepoprawności politycznej, to padł jej ofiarą również murzynek Bambo. Szkoda, lubiłam ten wierszyk Juliana Tuwima i na pewno nie odbierałam go jako pozbawionego szacunku do ludzi o ciemnym kolorze skóry. Tak a propos:  wiecie na jaką literę Bambo ma buzię? 
W każdym razie nie znoszę wyrzucać jedzenia. Co roku zaś pozbywałam się mnóstwa śliwek z wigilijnego kompotu. Był na nie jeden chętny i wszystkich nie dawał rady zjeść. Z bólem serca ładowałam je na kompost. Do czasu... Bo w tym roku dotarło do mnie, że można zrobić z nich pierogi. Wybrałam najładniejsze owoce i zostawiłam w kompocie, a  mniej więcej dwie trzecie przerobiłam na nadzienie.  Mężczyźni mojego życia pewnie nie byli do końca zachwyceni, bo w większości oni je zrobili (ja machnęłam 1/3, a wyszło ich w sumie ok. 150). Niektóre mają troche za grube ciasto (jakąś fuszerkę ktoś odstawił - nie ja ;) ), a i tak są pyszne. Z wyraźną, lecz nienarzucającą się nutą wędzonych śliwek. Z lekką smugą przyprawy piernikowej. Polane jogurtem z delikatnym akcentem cynamonu. Wszystko to się łączy i uzupełnia. Istna symfonia smaku. Ach, pychoty. 



Pierogi z suszonymi, wędzonymi śliwkami
Ciasto:
  • 1/2 kg mąki
  • 250 ml (szklanka) wrzątku
  • 1 jajo
  • 5 łyżek (75 ml) oleju
  • szczypta soli
  • 1 i 1/2 łyżki przyprawy piernikowej
Ciasto zrobiłam z trzech proporcji. To znaczy w trakcie lepienia pierogów dwa razy je dorabiałam ;).

Nadzienie:
  • ok. 60 dag suszonych, wędzonych śliwek z pestkami
  • kawałek cynamonu
  • 5 goździków
  • 9 i 1/2 łyżki cukru
  • 6 łyżek miodu
Nadzienie: Śliwki umyć, włożyć do garnka i zalać wodą tak, by je przykryła. Zostawić na noc. Następnego dnia dodać kawałek cynamonu i goździki, posłodzić. Gotować na małym ogniu przez 15 minut. Wystudzić. Odcedzić. Wywar to pyszny kompot - wypić samemu albo podzielić się z miłymi sobie osobami ;). Ze śliwek wyjąć pestki, zmiksować, wymieszać z miodem. 
Przy miodzie odchodzę od swojej żelaznej zasady posługiwania się miarkami. Boję się, że się połamią ;).  Wzięłam zwykłą łyżkę do zupy, którą najpierw wyłożyłam, a potem wymieszałam miód ze śliwkami. W tym przepisie ilość miodu jest podana orientacyjnie, jej wahania na pewno nie zaszkodzą. Pierogi wyszły mało słodkie, można dać go trochę więcej. 
Ciasto: Mąkę wymieszać z solą i przyprawą do pierników. Zalać wrzątkiem, wymieszać, odstawić do ostygnięcia. Dodać jajko i olej, wyrobić elastyczne ciasto. Włożyć do torebki foliowej i zostawić na co najmniej 20 minut. 
Ciasto rozwałkowywać na stolnicy podsypując jak najmniej mąki. Można też wałek smarować lekko mąką. Ciasto jest elastyczne i zazwyczaj tej dodatkowej mąki nie wymaga bądź potrzebuje jej w małych ilościach.Wykrajać kółka o średnicy ok. 8 cm, kłaść łyżeczkę nadzienia, zlepiać pierogi. Układać na wysypanej mąką tacy. Przykrywać ściereczką, żeby nie wyschły.
Gotować w lekko posolonym wrzątku (łyżeczka soli na gar trzylitrowy) przez pięć minut od wypłynięcia. 

Pierogi można zamrozić surowe bądź gotowane. W tym celu układam je na tacach wyłożonych folią spożywczą i gdy są zamrożone, przesypuję do woreczków. Prosto z zamrażarki wrzucam do lekko osolonego wrzątku: surowe gotuję 5 minut od wypłynięcia, gotowane wyjmuję, jak tylko wypłyną. 
Te pierogi są całkiem dobre też na zimno. 



Jogurt do pierogów:
Składniki:
  • 150 ml jogurtu naturalnego
  • 1 łyżeczka cukru
  • szczypta mielonego kardamonu
  • 1/8 łyżeczki cynamonu
Jogurt wymieszać z cukrem i przyprawami. Polewać nim pierogi. 

Taki jogurt nie jest bardzo słodki. Spokojnie można po polaniu jeszcze posypać cukrem. Albo i nie ;). 


Smacznego !

Co zaś się tyczy murzynka Bambo i jego buzi...  Jak zapewne większość z Was wie:
"Bambo czarną na-dy-ma buzię". Czyli na literę D. Na co zwrócił uwagę Andrzej Poniedzielski ;).  
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...