Pokazywanie postów oznaczonych etykietą orzechy włoskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą orzechy włoskie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Magiczna nalewka czarownic

Przygotowuje się do nocy Kupały. Nie, nie robi wianka z ziół, nie wstawia do niego świeczki i nie zamierza puszczać na wodę. Jeszcze nie. Nie w tym roku. Jeszcze mąż może zaczekać. Aż spotka tego, w którym się zakocha. Aż będzie pewna, że to ten...
A może już tego męża ma? Tego, który ją kocha nad życie. I szanuje. On wie, że w tę noc nie jest dla niego...
Przygotowuje się do nocy Kupały. Gromadzi korzenie, słodki miód. Spirytus.
Idzie się kąpać. Zanurza do wody z pianą. Wszak to noc wody. 
Wkłada na gołe ciało suknię. Tę ulubioną, powłóczystą, delikatnie ją otulającą. W ogrodzie blask księżyca. Wszak to także jego noc.
Idzie zebrać orzechy. Zielone. Płaczące ciemnym sokiem, który trudno zmyć. Dorodne. To noc urodzaju.
W swojej kuchni zapala świeczkę. Noc ognia. Miękki płomień uprzytulnia mrok. Jest bezpiecznie i miło. Będzie nalewka. Magiczna nalewka czarownic. Ta, która ją robi, wie. Jest w niej mądrość. Dobra mądrość. Źli ludzie mówią o takich wiedźma, czarownica. Ale nie myślmy o złych ludziach, którzy boją się nalewek i ziół, a jeszcze bardziej kobiet je robiących.
Już. Trzeba odstawić słój na okno. Rano zajrzy do niego słońce. Wszak to także jego noc.


Magiczna nalewka czarownic

składniki:
  • 13 zielonych orzechów
  • 10 ml miodu
  • 10 g cukru (może być biały, może być trzcinowy)
  • 2 laski cynamonu
  • 0,25 gałki muszkatołowej
  • 0,5 l spirytusu
  • 0,25 l wódki
Orzechy umyć i pokroić w plastry (albo w inne nieduże kawałki). Koniecznie w rękawiczkach, strasznie brudzą. Wrzucić je do słoja. Dodać cynamon, startą gałkę i miód. Zalać wymieszanym spirytusem z wódką. Zamknąć, odstawić w nasłonecznionym miejscu na 6 tygodni. Co parę dni wstrząsać słojem, by miód się rozpuścił. Po tym czasie zlać nalewkę wyrzucając orzechy.
Zagotować cukier w małej ilości wody. Gdy ostygnie, przecedzić przez sitko wyłożone gazą. Wlać do nalewki. Odstawić na kolejne 6 tygodni.
Przecedzić powstałą nalewkę starając się, by osad się do niej nie dostał. Wlać najlepiej do ciemnych butelek. Odstawić na co najmniej 3 miesiące (w ciemne miejsce, w tej chwili nalewka nie lubi już słońca).



Nalewka zrobiona. To nie do końca prawda, że ta noc nie jest dla męża. Wszak to noc płodności, radości i miłości. Zrzuca sukienkę, wślizguje się do wygrzanego łóżka. Nalewkę będą próbować później... ;)


To oczywiście opowieść, bajka. Wymyślona. Jak w wielu opowieściach, trochę prawdziwych rzeczy w niej jest. Nie trzeba jej robić dokładnie w noc Kupały czy w noc świętojańską. Jednak dzięki nazwie i nawiązujecemu do niej zaleceniu, żeby właśnie w tę noc robić nalewkę, łatwiej zapamiętać, że orzechy są właśnie teraz najlepsze. Już spore, ale w środku jeszcze nie zdrewniałe, dają się pokroić. Taki stan trwa parę tygodni. W moich okolicach w tym roku właściwie jeszcze są za małe, myślę, że można z tydzień lub dwa poczekać. Ale już o nich pamiętam, bo wszak to magiczna nalewka czarownic związana z nocą świętojańską ;). Kiedyś robiłam tę nalewkę w połowie lipca i jeszcze dało się pokroić orzechy, choć przyszło mi to z trudem. Nalewka wyszła jak zwykle bardzo dobra, problem był tylko z krojeniem.
13 też się kojarzy z czarownicami, prawda? Myślę, że stąd ta liczba orzechów. Nie robimy lekarstwa (choć akurat ta nalewka, jak każda z orzechów włoskich, świetnie się sprawdza w dolegliwościach żołądkowych), nie trzeba się jej sztywno trzymać. 12 dużych czy 14 małych będzie też dobrą ilością.
Dobra jest z miodem lipowym, dobra z gryczanym. Myślę, że z innym też wyszła by pyszna. 
3 miesiące może się przedłużyć. Jak długo stoi (tylko koniecznie w ciemnym miejscu), robi się jeszcze lepsza. 

Przepis znalazłam bardzo dawno (z kilkanaście lat temu) na jakimś forum. Teraz już nie jestem w stanie go znaleźć. Pewnie nawet nie było do końca kulinarne. Wypróbowałam i powtarzam. Przepis jest tego wart.


poniedziałek, 5 maja 2014

Nie matura lecz chęć szczera... i kawowe biscotti z orzechami

Nie matura lecz chęć szczera zrobi z Ciebie oficera - mówiło się prześmiewczo w czasach socjalizmu. Bo i tak było, że do zrobienia kariery potrzebne były szczere chęci podporządkowania się systemowi, a niekoniecznie walory umysłu. Jednakowoż nie chciałabym, żeby mój syn został oficerem, a chciałabym, żeby zdał maturę. Jak najlepiej. Hm. Takie chęci mam od dawna, tylko czemu zaczęłam się denerwować? Zdrowy rozsądek (no nie ma po co specjalnie, najwyżej zda za rok, do wojska przecież nie biorą) poszedł się bujać? A może lepiej przywołać ulubioną ostatnio przeze mnie zasadę: nie należy się martwić na zapas, szczególnie, gdy nie ma się wpływu na to, co się stanie? Pewnie lepiej, choć wcale niełatwo. To może upiekę kawowe biscotti z orzechami...


Kawowe biscotti z orzechami

składniki na 18-20 biscotti:
  • 0,5 szklanki orzechów włoskich
  • 80 g masła
  • 150 g cukru dark muscowado
  • 2 jajka 
  • 1 łyżeczka pasty z wanilii (lub 1 łyżka ekstraktu lub 2 łyżki cukru z wanilią)
  • 2 łyżki kawy rozpuszczalnej 
  • 2 - 2,5 szklanki mąki pszennej razowej
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 0,25 łyżeczki soli
  • 0,25 łyżeczki startej gałki muszkatołowej
Nagrzać piekarnik do 160°C (z termoobiegiem, bez niego do 170).
Orzechy wsypać do płaskiej blachy i wstawić na 8 minut. Wyjąć, przestudzić, połamać na kawałki.
W misce utrzeć na puch masło, ucierając dodać partiami cukier, jajka, pastę z wanilii. Mąkę zmieszać z kawą, proszkiem do pieczenia, solą i gałką muszkatołową. Dodać partiami do masła z cukrem. Do ciasta dodać orzechy. Dobrze wymieszać.
Na wyłożonej papierem do pieczenia (lub matą silikonową) blasze uformować z ciasta placek grubości ok. 1,5 - 2 cm i długości trochę krótszej niż blacha. Piec w nagrzanym do 160°C piekarniku 25 minut Upieczone ciasto wyjąć na kratkę, lekko wystudzić. Ostrożnie przełożyć na deskę i ostrym (to ważne!) nożem pokroić na kawałki mniej więcej centymetrowej szerokości. Ułożyć na blasze wyłożonych papierem (lub matą). Włożyć ponownie do piekarnika na 10 - 15 minut. Wystudzić na kratce. Przełożyć do szczelnych pojemników (np. słojów lub puszek).


Dodałam do ciasta 2,5 szklanki mąki, ale mam wrażenie, że gdyby było jej mniej, to wyszłyby jeszcze lepsze. Następnym razem najpierw dodam 2 szklanki i jeśli z ciasta da się już formować placek, na tym poprzestanę.



Biscotti w poście maturalnym znalazły się nie przez przypadek. Można je upiec na zapas, szybko się nie psują. Złapać w locie, gdy biegnie się do szkoły (hm, wiem, lepiej wstać wcześniej i zjeść porządne śniadanie). Albo zjeść jako przegryzkę podczas uczenia się i ostatnich powtórek. Dostarczają złożonych węglowodanów, z których nasz organizm powoli uwalnia glukozę, będącą paliwem dla mózgu. W orzechach jest fosfor i witaminy z grupy B, które też pozytywnie na niego wpływają. Poza wszystkim innym są po prostu smaczne. 

Za maturzystów trzymam kciuki. Za ich denerwujących się bliskich też :).

Posiłek dla maturzysty Zdrowe fingerfood Piknik majowy

Biscotti świetnie nadają się na majówkę. Nie tylko tę w przerwie w zdawaniu matury ;). 

środa, 23 października 2013

Pieczona dynia z orzechowym winegretem

Kiedyś nie lubiłam miodu. Teraz też nie wyjadam go łyżką ze słoika. Jednak jestem jego fanką. Jego smaku i jego właściwości zdrowotnych. Nie wyobrażam sobie bez niego pierników i pierniczków (choć serce boli, że upieczony traci swe wspaniałe właściwości), pasjami dodaję go do sosów typu winegret, słodzę lody, piekę z nim pieczywo.
Pszczół coraz mniej, a z mojej okolicy zniknęły (mam nadzieję, że nie wszytkie). I to nie dlatego, że giną tak, jak na całej ziemi (przerażające, prawda?). Nie, podobno w moim mieście (choć to przedmieścia, ale administracyjnie to samo, co centrum w tym wypadku) jest prawo, że nie wolno hodować pszczół. Nie rozumiem zupełnie dlaczego. I strasznie mi smutno, że gdy chodzę na spacer, nie widuję już uli. Rzeczywiście zniknęły. Więc może to prawo nie podobno, tylko naprawdę? No cóż, głupota ludzka nie zna granic.
Pszczół coraz mniej. To przerażające. Mam nadzieję, że jednak przetrwają i będą zajmowały swoje bardzo ważne miejsce w przyrodzie. I egoistycznie mam nadzieję, że cały czas będzie miód, który mnóstwa smaku dodaje, nawet jeśli jest stosowany (tak jak w tym przepisie) jako przyprawa.


Pieczona dynia z orzechowym winegretem

składniki:
  • ok. 1 kg dyni
  • ok. 1/2 łyżki suszonych listków tymianku
  • ew. trochę soli
  • winegret
    • 1/4 szklanki orzechów włoskich
    • 1/2 łyżki miodu
    • 1 łyżka musztardy dijon
    • 1/4 łyżeczki soli 
    • 1/2 łyżeczki świeżo mielonego czarnego pieprzu
    • 2 łyżki octu winnego (u mnie malinowy)
    • 100 ml oliwy
Uprażyć orzechy. W tym celu piekarnik rozgrzać do 150 stopni. Orzechy rozłożyć na blasze i wstawić na 10 minut do piekarnika. Wyjąć, wystudzić.
Zwiększyć temperaturę do 180 stopni Celsjusza. Z dyni usunąć miąższ z pestkami, obrać ją ze skóry i pokroić w plastry o grubości ok. 1 cm. Ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Posypać listkami tymianku. Można trochę posolić. Upiec w piekarniku (trwa to ok. 15 minut).
W malakserze (robocie z nożem) zmiksować orzechy, musztardę, miód, sól i pieprz. Dodać ocet, zmiksować. Miksując stopniowo dodać oliwę. Masa powinna mieć puszystą konsystencję.
Dynię podawać gorącą, obok podać orzechowy winegret.

Piekłam z termoobiegiem. Jeśli go nie używacie można zwiększyć temperaturę pieczenia dyni o 10 stopni lub trochę wydłużyć czas. Orzechy prażyłabym w 150 stopniach.


Nie jestem wielbicielką pieczonej dyni. Wydaje mi się trochę za słodka, trochę za mdła. Jednak w połączeniu z orzechowym winegretem jest rewelacyjna. Mogłabym ją jeść i jeść. I nie tylko ja :).


Przepis na orzechowy winegret podpatrzyłam w książce Avner Laskin "Orzechy". Można go zjeść od razu lub przechowywać w lodówce  w zamkniętym słoiku do tygodnia.

U Bei trwa coroczny Festiwal Dyni. To ona "zaraziła" mnie nimi. Jej wspaniałe wpisy spowodowały, że co roku pojawiają się u nas w domu dynie, że nauczyłam się już rozpoznawać parę ich gatunków (choć wymaga to u nas umiejętności śledczych, dynie u sprzedawców to po prostu dynie, co najwyżej rozpoznawane są piżmowe butternuty - różnią się znacznie z wyglądu). Nawet bawi mnie doszukiwanie się informacji, co ja za gatunek mam właściwie w spiżarce :). 


Tym razem upiekłam zwykłą pomarańczową dynię kupioną w jakimś dużym sklepie nie śledząc, jak się właściwie nazywa. Jeśli jednak macie butternut (czyli piżmową), to pieczona będzie bardzo dobra.

wtorek, 27 sierpnia 2013

Orzechowe bułeczki z rodzynkami

Tuuuk, tuuuk, tuk, tuk, tuk - potoczył się orzech i zniknął w jakimś zakamarku w kuchni. Szukany schował się za nogę szafki - miał świetną zabawę. Jednak po chwili zrozumiał, że tylko on się chciał bawić i został gdzieś, gdzie ciemno i kurz. Leżał i leżał parę miesięcy, aż znalazła go...

Tak mogłaby się zaczynać jakaś baśń. Kiedyś. Dawno. Teraz mało kto przynosi do domu orzechy w skorupkach, bierze dziadka do orzechów i pracowicie łuska. Prędzej kupujemy już łuskane. Byle prędzej, byle leniwiej. Bo szkoda czasu.
Szkoda czasu na łuskanie i na wiele innych rzeczy. A przecież to był też czas swoistej medytacji. Ręce zajęte, a myśl krążyła swobodnie, pozwalała odpocząć, wyciszyć. Zaś teraz: ciągle kusząca telewizja i internet zalewają papką, nie dają się w siebie wsłuchać.
Albo czas dla pobycia z kimś bliskim, dla rozmowy. Nie nauczyłam moich dzieci długich i z pozoru żmudnych robót kuchennych, podczas których jesteśmy razem. Pewnie dlatego, że w kuchni też staram się złapać uciekający czas. Choć sama mam wspomnienia z dzieciństwa, w których siedząc koło mamy pracowicie wybieram orzechy ze skorupek i się denerwuję, bo to dla mnie trudne. A jak się uda podzielić skorupkę na dwie części i wydłubać środek, to zawijamy je w sreberka po czekoladkach - mają wisieć na choince. Sreberka pracowicie zbierane i wyprostowywane. Jak się złote trafiło - to był szał! 
Może posadzę sobie orzech włoski (podobno trzeba dwa, żeby owocowały)? Zmusi mnie do wyjęcia z zakamarków szuflady dziadka do orzechów i do chwil zatrzymania. Może nawet się uda, że będą to chwile wspólnie spędzone :).




Orzechowe bułeczki z rodzynkami

składniki na 10 bułek:
  • 30 g drożdży
  • 1,5 szklanki wody
  • 2 szklanki mąki pszennej chlebowej (lub 650)
  • 1,5 szklanki mąki pszennej razowej 
  • 50 g orzechów włoskich
  • 50 g rodzynek
  • 1 łyżeczka soli
 Drożdże rozetrzeć z 1 łyżką mąki i ok. 50 ml wody. Odstawić (10 - 15 minut) aż zaczną pracować.
Orzechy lekko uprażyć na suchej patelni i drobno posiekać (robię to malakserem - mają być cząstki orzecha). Drożdże połączyć z resztą wody, mąkami i solą. Wyrobić elastyczne ciasto. Zostawić do wyrośnięcia.
Piekarnik rozgrzać do 220 stopni.
Gdy ciasto podwoi swoją objętość, wyłożyć je na stolnicę. Podzielić na 10 części, uformować bułki. Ułożyć na papierze do pieczenia. Gdy podrosną, piec ok. 30 minut. Przed wyjęciem stuknąć od spodu, gdy wydają głuchy odgłos, są już upieczone. Jeśli nie, to zostawić na kolejne 5 minut i ponownie sprawdzić. Studzić na kratce.

 
Bułeczki są pyszne, z wyraźnie orzechowym smakiem, czasem przełamanym rodzynką. Świetne zarówno na śniadanie, jak i na kolację. Bardzo je lubię. Są moim sierpniowym wkładem w listę Wisły "Na zakwasie i na drożdżach".
Piekę je na kamieniu, zupełnie tak samo jak te - tam też można zobaczyć, jak je formować. 


Przepis na orzechowe bułeczki z rodzynkami jest odrobinę zmodyfikowanym przepisem z książki Teresy Miazgowskiej "Pizze, chleby, foccacie".

piątek, 12 kwietnia 2013

Pozytywna energia i orzechowa tarta z dwoma serami i dżemem cytrynowym

Zauważać szczęście w każdym dniu. Doceniać, że nic strasznego się dziś nie stało, że nie wiem o żadnej tragedii. Przykładać odpowiednią miarę do niepowodzeń, które... są przecież tylko niepowodzeniami.
 Czytaliście Pollyannę? Stare czytadło dla dorastających panienek? Syndrom Pollyanny ma w sobie madrość. Życia godnego, życia bez strachu, nie kopiącego się z koniem, akceptującego to, czego zmienić nie można. Wpadłam pod samochód i mam bezwładną nogę, ale się cieszę, że nie dwie i że ptaki śpiewają. 
Przeginam, przeinaczam, przerysowuję, ale coś w tym jest. Tylko trzeba tę bezwładną nogę opłakać...
 Staram się nie martwić na zapas  i cieszyć tym, co mam. Czasami to trudne...

A czasami wychodzi. I jest pięknie. Wymyślona przeze mnie tarta okazała się pyszna. Siedzimy razem przy stole, jemy, pijemy białe wino. Albo zieloną herbatę.  Jesteśmy razem. Chwilo trwaj!

 
 Orzechowa tarta z dwoma serami i dżemem cytrynowym

składniki na okrągłą tartę o średnicy 22-23 cm:
  • ciasto:
    • 75 g (3/4 szklanki) obranych orzechów włoskich
    • 75 g zimnego masła
    • 100 g (1 szklanka) mąki pszennej razowej 
    • szczypta soli
    • 1 - 2 łyżki zimnej wody
  • 100 g sera cheddar
  • 70 g sera z niebieską pleśnią (użyłam gorgonzoli)
  • 2 jajka (najlepiej od kur z wolnego wybiegu: z 1 lub 0)
  • 330 ml śmietanki 30%
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1/4 łyżeczki suszonego rozmarynu
  • 4 łyżki dżemu cytrynowego z rozmarynem
  • mąka do rozwałkowania ciasta
  • masło do wysmarowania formy
Zmielić orzechy. Wymieszać je z mąką i szczyptą soli. Uformować na stolnicy kopczyk. Dodać pokrojone na kawałki masło. Pokroić (np. dwoma nożami) aż do uzyskania "kaszy". Ponownie uformować kopczyk, zrobić w nim wgłębienie i wlać 1 łyżkę wody.  Palcami zagnieść szybko ciasto. Być może okaże się konieczne dodanie 1/2 - 1 łyżki wody. Z ciasta uformować kulę, zawinąć w folię i włożyć na ok. 1 godzinę do lodówki.
Piekarnik rozgrzać do 170 stopni (z termoobiegiem, bez niego do 180).
Formę na tartę wysmarować masłem.
Rozwałkować ciasto na lekko posypanej mąką stolnicy. Wyłożyć/wylepić nim formę. Nakłuć widelcem. Podpiec w piekarniku 10 minut.
W tym czasie wymieszać śmietankę z jajkami, solą i rozmarynem. Sery pokroić w drobną kostkę.
Na podpieczonym spodzie rozsmarować cienko dżem cytrynowy. Rozłożyć w miarę równomiernie sery. Zalać śmietanką z jajkami. Piec jeszcze ok. 30 - 40 minut, aż nóż (lub patyczek) włożony do tarty będzie suchy.
Wyjąć na kratkę na ok. 10 minut. Można jeść na ciepło. Można też na zimno. Nie wiem, która wersja jest lepsza, bo obie smaczne. A jednak inne.



Ciasto można zrobić oczywiście w malakserze lub kubku z nożem do blendera. Zmiksować najpierw orzechy, potem dodać mąkę, sól i pokrojone na kawałki masło i zmiksować do uzyskania "kaszy". Dodać wodę i miksować aż zacznie formować się kula. Przełożyć ciasto do torebki i dalej postępować, jak w przepisie.
Ciasto trochę się rwie. Dlatego staram się rozwałkować go  na wielkość trochę większą niż forma, przenoszę na wałku i tam gdzie wystaje odkrajam, a tam gdzie go brakuje, po prostu wylepiam formę. Po upieczeniu nie mam problemów z tym, że jest przylepione i trudno je wyjąć.
Surowe ciasto wytrzymuje do 2 - 3 dni w lodówce. Tylko trochę ciemnieje.

Ta tarta to świetny pretekst, żeby zrobić dżem cytrynowy z rozmarynem. Leciutko słodki, mocno cytrynowy smak wspaniale współgra z cheddarem i serem z niebieską pleśnią. Myślę, że też bardzo dobra, choć nie tak zaskakująca w smaku wyjdzie z borówkami lub żurawiną "do mięsa". Muszę spróbować :).



Żeby ktoś źle nie zrozumiał - nie wpadłam pod samochód. I nie mam bezwładnej nogi. To tylko walka z przedwiośniowym spadkiem nastroju. Na szczęście :).

Kwiecień plecień: przeplatamy smaki 2013
Cytrynowe wypieki

czwartek, 3 stycznia 2013

Biscotti/cantuccini z ciecierzycą, suszonymi morelami i rokpolem.

To było tak: bociana dziobał szpak. A potem była zmiana i szpak dziobał bociana. Potem były dwie zmiany. Ile razy szpak był dziobany...?

Hm, może inaczej...

To było tak: Radio Erewań podało, że w Moskwie na Placu Czerwonym rozdają moskwicze. I wszystko prawda. Tylko, że nie w Moskwie a w Leningradzie, nie na Placu Czerwonym tylko na Newskim Prospekcie, nie rozdają tylko kradną i nie moskwicze tylko rowery...


Tak było z tymi ciasteczkami. Przepis na cantuccini z ciecierzycą, winogronami i migdałami  znalazłam w książce Sigrid Verbert "Smakowite prezenty". A potem było jak w Radiu Erewań :). Nie to, tylko tamto. Nie tak, tylko inaczej. Nie tyle, tylko w innej ilości. Wyjmowałam z pieca to, co upiekłam z duszą na ramieniu. Niepotrzebnie. Wyszły pysznie. Do piwa i nie tylko :).


Biscotti/cantuccini z ciecierzycą, suszonymi morelami i rokpolem

składniki na ok. 60 ciasteczek:
  • 100 g ugotowanej ciecierzycy (może być z puszki)
  •  70 g włoskich orzechów
  •  60 g sera rokpol
  •  60 g suszonych moreli
  •  60 ml jasnego piwa
  •  1 jajko
  •  3 łyżki oliwy z oliwek
  • 240 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka wędzonej papryki w proszku (niekoniecznie, ale nadaje fajny aromat)
  • 1/2 łyżeczki soli
Piekarnik rozgrzać do 160 stopni ( z  termoobiegiem, bez niego do 170).
Ser pokroić w drobną kostkę (o boku mniej więcej 0,5 cm). Podobnie morele. Orzechy połamać na spore kawałki.
Mąkę wymieszać z proszkiem do pieczenia, solą i wędzoną papryką. Dodać jajko, oliwę i piwo i szybko wyrobić ciasto. Dodać ciecierzycę,orzechy, morele i ser. Wszystko szybko wymieszać, zagnieść kulę. Podzielić na dwie części. Utoczyć wałki wielkości mniej więcej 32x5x2 cm. Ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia (lub matą silikonową lub wysmarowanej tłuszczem). Piec ok. 30 minut na jasnozłoty kolor. Wyjąć. Przestudzić 10-15 minut. Ostrym nożem pociąć na kromeczki o szerokości ok. 1 cm. Ułożyć na blasze (na jednej raczej się nie zmieści, raczej na dwóch). Piec do zrumienienia ok. 10 minut.  Studzić na kratce. Można długo przechowywać np. w puszce.


Pyszne od razu. Chyba najlepsze. Ale też bardzo dobre następnego dnia, i następnego i za dni kolejnych parę. Miesiąc wytrzymują na pewno. A pewnie i dłużej.

Niełatwo mi dogodzić książką kucharską. Mam ich całe mnóstwo i naprawdę trudno wzbudzić mój zachwyt jakąś kolejną. "Smakowite prezenty" są świetne. Inspirujące i śliczniutkie. Cieszę się, że uśpiłam mojego węża w kieszeni i nabyłam je drogą kupna :).

 Moskwicze, które mieli rozdawać, to samochody.  Jakby ktoś nie wiedział :).

Smakowite Prezenty  

Wiecie ile razy szpak był dziobany?
A może dziobał ciecierzycę?

niedziela, 18 listopada 2012

Posypka morelowo - orzechowo - sezamowa.



Postanowiłam: zrobię posypkę, bo...
Bo jesień przyszła. Coraz mniej złota, coraz bardziej przejmująco chłodna. 
Bo coraz mniej słońca. Później wstaje, a i ciemno się robi coraz wcześniej.
Bo to wszystko sprawia, że przychodzi ochota na podjadanie. Żeby było cieplej, żeby nie ulec przemożnej chęci udania się do łóżka pod koc na krótkie kimanie, żeby poprawić sobie humor. 

Mój organizm podpowiada: kup tę swoją ukochaną czekoladę, jesteś tego warta. Ot schowasz do szafki. Wcale nie musisz zjeść całej od razu. Ale przecież tego potrzebujesz. Spraw sobie odrobinę przyjemności. Oszukuje mnie, fsinia. Dobrze wiem, że jak schowam, to na krótko. A potem siądę z kubkiem herbaty i skrytożerczo ją pochłonę. 
Mój rozum się za to mądrzy i gada: masz silną wolę, nie kupuj. Wiesz, że zjesz tę czekoladę za jednym zamachem i coraz bliżej ci będzie do pożegnania wszystkich twoich elegantszych ciuchów. Zostaną ci tylko ta okropna spódnica na gumkę i dres.
I co tu zrobić? Chciałoby się posłuchać obu, a tak nie da rady :(.

Już wiem. Zrobię sobie posypkę. Pełną jasnych, ciepłych kolorów. Smaczną i zdrową. To ją będę podjadać w momentach kryzysików, a nie myszkować po domu w poszukiwaniu byle czego słodkiego. 
Ale ja jestem mądra!!! :D


Posypka morelowo - orzechowo - sezamowa

składniki na ok. 1 słoik po dżemie (300 ml):
  • 1/4 szklanki suszonych moreli  (ok. 75 g)
  • 1/4 szklanki siemienia lnianego (ok. 40 g) - użyłam złocistego, bo mi kolorem bardziej pasowało ;)
  • 1/4 szklanki łuskanych orzechów włoskich
  • 2 łyżki pestek dyni (ok. 20 g)
  • 2 łyżki sezamu (ok. 20 g)
Wszystko wrzucić do malaksera i drobno zmiksować. Przechowywać w szczelnym pojemniku (puszce, słoiku).

Robiąc tę posypkę pracowicie ważyłam składniki i zapisywałam wyniki, żeby podać w przepisie. Niestety kartka mi się zapodziała :(. To co wydaje mi się, że pamiętam - wpisałam. Jak znajdę kartkę, to uzupełnię. Wtedy za wagowe ilości też będę ręczyć :).


Pamiętacie posypkę? Była inspiracją i stanowczo bardziej zasługiwała na miano posypki niż ta. Morelowo - orzechowo - sezamowa wyszła bardziej posklejana, trochę przypomina wyglądem crunchy. Może nie jest idealna. Ale jest smaczna (ukłon w stronę organizmu) i zdrowa (rozumowi to dobrze robi). Podjadana sama. Świetna z jogurtem (jadam na śniadanie). Z budyniem (i czekoladowym i waniliowym - mąż kusiciel zrobił. I co? I zjadłam z miłą chęcią - niestety). Przede wszystkim sycąca. Nie muszę jej zjeść dużo, żeby nie myszkować w poszukiwaniu sprzymierzeńców spódnicy na gumkę :).


Bardzo chciałam zdążyć dołączyć do Orzechowego Tygodnia. W tym roku może skromnie, ale udało się :).



Posypkę dodaję do jogurtu i mam sycące, zdrowe śniadanie pełne błonnika. Lubię je :).

Domowy Wyrób


poniedziałek, 24 września 2012

Na okrągło - ciasto z jabłkami.

Uwielbiam okrągłe stoły. Naprawdę. Właśnie sobie to uświadomiłam, jednocześnie konstatując, że praktycznie takiego nie mam.
Kiedyś miałam. Duży, stary, solidny, zniszczony. Miał swój charakter. Mam wrażenie, że nas jednoczył. Miał magiczną właściwość: każdy z siedzących przy nim widział i słyszał bez trudu wszystkich innych.
Lubiłam go. Lubiłam przy nim siedzieć. Lubiłam, gdy przychodzili znajomi i spędzaliśmy miło czas. Właściwie mieścili się przy nim wszyscy. Nawet jak trzeba było się rozsunąć dostawiając kolejne siedziska. Jego średnica była na tyle duża, że co najwyżej należało tylko bardziej wyciągnąć rękę, by sięgnąć po herbatę.
Koleje losu sprawiły, że już go u mnie nie ma. I nie będzie. Troszkę za nim tęsknię. 
A może nie za nim, tylko za tamtymi spotkaniami, wpadaniem bez zapowiedzi, ich atmosferą i nastrojem? 

Na spotkania z przyjaciółmi, na jesienne pluchy, na leniwe pogaduchy: ciasto z jabłkami. Nasze ulubione.


Ciasto z jabłkami

składniki na tortownicę o średnicy 26 - 28 cm:
  • 6 (ok. 1200 g) niezbyt słodkich, dużych jabłek
  • 1 szklanka cukru
  • 3 jajka
  • 2 szklanki mąki
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 3/4 szklanki (2 spore garście) rodzynek
  • 3/4 szklanki (2 spore garście) połamanych orzechów włoskich
  • masło i bułka tarta do wysmarowania tortownicy
  • polewa:
    • 80 g masła
    • 1/2 szklanki cukru
    • 2 łyżki wody
    • 3 łyżki kakao (lub kawy Inki)
    • garść wiórków kokosowych do posypania
Jabłka umyć, obrać, wykroić gniazda nasienne i pokroić w dużą kostkę. Włożyć do sporej miski i zasypać cukrem. Przykryć. Wstawić do lodówki na co najmniej 1 i 1/2 godziny (można też na całą noc). Jabłka mają puścić sok.
Piekarnik rozgrzać do 175 stopni (z termoobiegiem - bez do 190). Tortownicę wysmarować masłem i wysypać bułką tartą.
Wyjąć jabłka, wbić jajka i wymieszać. Dodać mąkę z proszkiem i mieszając dodać bakalie. Przełożyć do tortownicy, wyrównać. Piec ok. 50 - 60 minut, aż góra będzie wyraźnie upieczona. Wyjąć na kratkę. Nie wyjmować z tortownicy.
Przygotować polewę. Wszystkie składniki (oprócz wiórków) rozpuścić w garnku i doprowadzić do zagotowania. Od tego momentu gotować mieszając przez 5 minut (czas jest ważny, ma lekko bulgotać - ja to robię z minutnikiem). Wylać na wierzch ciasta, posypać wiórkami. Wystudzić.

W tym cieście ważna jest kolejność dodawania składników. Niech Wam nie przyjdzie do głowy pomieszać mąkę z jajkami i bakaliami, a potem dodać do jabłek. Porażka gwarantowana. Albo co najmniej spore kłopoty ;).

Przyznam się Wam po cichu, że nie znoszę przepisów o tytułach z imieniem. "Szarlotka Krychy" mnie odrzuca. Najprawdopodobniej ktoś dostał przepis od rzeczonej Krychy i posłał go w świat. Ratunku!
Kiedyś znalazłam na jakimś blogu rogaliki babci Rózi. I jakoś tak, ku mojemu zdziwieniu stwierdziłam, że to mi pasuje. Nawet sobie zanotowałam. Może dlatego, że w starym rodzinnym zeszycie znajduję przepisy cioci Rózi? Rogaliki czekają gdzieś jeszcze  na zrobienie...
Dla nas jest to ciasto z jabłkami babci Tosi. I tak zapewne pozostanie. Bo to od niej nauczyliśmy się je robić...



Słodkie jabłuszka
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...