poniedziałek, 11 marca 2013

Jak ugotować ciecierzycę.

-->

Zawsze można ją kupić w puszce. Wcale niekoniecznie jest to prostsze niż ugotowanie. W moich sklepach okolicznych nie ma ciecierzycy w puszce w ciągłej sprzedaży. Za to suchą kupić jest całkiem łatwo.
Trzeba ją namoczyć. Co najmniej 12 godzin (albo zalać wrzątkiem zagotować i zostawić na 2 godziny – tego sposobu nie próbowałam). To wcześniejsze namoczenie pomaga wypłukać i zneutralizować niekorzystne dla nas substancje. Potem odlać wodę, zalać wrzątkiem (sporo, tej wody  powinno być 5-6 cm ponad ciecierzycą) i gotować. Przez pół godziny odkrytą zbierając szumowiny - w nich są podobno związki, które wcale nie są dla nas  korzystne. Przykryć i gotować ok. 40 - 50 minut na mniejszym ogniu. Gotowe. 
Soli się pod koniec (jeśli jest to potrzebne), bo podobno twardnieje. Z drugiej strony  panuje powszechne przekonanie, że jeśli posoli się fasolę na początku gotowania, to ona nie dojdzie i będzie twarda w środku. Obserwacje naukowe (są tacy, którzy się zajmują naukowo sprawami kuchennymi ;) ) potwierdziły, że fasola posolona na początku gotowania tym się różni od nie posolonej, że... jest słona. I niczym więcej. Ponieważ jak na razie nie była mi potrzebna słona ciecierzyca, to eksperymenty w tym temacie jeszcze przede mną :).  
Zdarzało mi się zalewać zimną wodą a nie wrzątkiem do gotowania i wszystko się  udawało. 
Można przechowywać przez parę dni w lodówce, też w wodzie w której się gotowała.
Można ugotować więcej i zamrozić. Mrożę rozłożoną na tacy i potem wsypuję do woreczka. Rozmrażam tyle, ile mi jest akurat potrzebne.

1 szklanka (250 ml) suchej ciecierzycy waży ok. 200 - 220 g. Po ugotowaniu to około 500 gramów.


W Tarzynkowie przepisy z wykorzystaniem gotowanej ciecierzycy można znaleźć tutaj.


piątek, 8 marca 2013

Egipska zupa cebulowa.

 
Życie porami roku. Rytmem słońca, deszczu, ciepła i zimna. Tym co rodzi ziemia. Wyczekiwanie na pierwszą pokrzywę. Obiecywanie sobie, że wreszcie pozbieram listki mniszka przed kwitnieniem i spróbuję, jak smakuje zrobiona z nich sałatka.
Diety różnorakie to nie pomysł lat ostatnich. Posty to ich starsi bracia, którzy mieli jeszcze starsze rodzeństwo w starożytności. Ciekawe, czy to odpowiedź na zbyt łatwy dostęp do jedzenia? Oczywiście nie całej ludzkości, tak dobrze nigdy nie było i nie jest.
Posty w średniowieczu trwały w sumie ponad pół roku. Co wcale nie znaczy, że podczas nich jedzono niesmacznie. Przynajmniej nie na stołach wielmożów. Niedozwolone było wszystko, co pochodziło od zwierząt. Z drugiej strony to, co żyło w wodzie zwierzęciem w rozumieniu postu nie było. Nawet bobry można było jadać. A mleka i przetworów z niego - nie. Jednak inaczej niż dzisiaj.
Wielki Post i przednówek. Zbiegają się w czasie. Dni stają się coraz dłuższe, spiżarnia bywała coraz bardziej pusta, a nic jeszcze za bardzo nie rosło. Chyba że korzonki - umiejętności zbierania jadalnych, dziko rosnących nie posiadłam. Może szkoda ;). 
Wielki Post, czas wyrzeczeń. Coraz bardziej mi z nim po drodze. Pasuje do niego egipska zupa cebulowa.
Przepis na nią znalazłam prawie dwadzieścia lat temu w "Twoim Stylu". Maria Lemnis i Henryk Vitry pisali w nim co miesiąc o jedzeniu. Autorzy dla mnie kultowi. Uczyłam się gotować z ich "Kuchnią dla samotnych i zakochanych" w ręku. Czytywałam ją i "Staropolską kuchnię" do poduszki. I choć niektóre ich przepisy trącą trochę myszką, to dalej traktuję ich, jak mistrzów.
Przepis znalazłam, zupę ugotowałam i się nim zachwyciłam. Troszeczkę go zmodyfikowałam (zmiany naprawdę prawie kosmetyczne). Jeśli nie zabieli jej się śmietaną, to spełnia wszystkie wymogi średniowiecznych postów. Diety wegetariańskiej (a nawet wegańskiej) również.


Egipska zupa cebulowa

składniki:
  • 300 g cebuli (średnia cebula, taka jak na zdjęciach waży ok. 70 - 80 g)
  • 2 łyżki oliwy
  • 1 litr bulionu warzywnego 
  • 1 łyżka mąki (niekoniecznie)
  • 1/2 szklanki ryżu
  • sok z 1/2 cytryny
  • 1/2 szklanki śmietany (niekoniecznie)
  • ok. 1/4 łyżeczki gałki muszkatałowej
  • ew. sól do smaku
Ugotować ryż.
Cebulę obrać i pokroić w þółplasterki. W garnku rozgrzać oliwę, wrzucić cebulę. Zeszklić, ale nie rumienić. Posypać mąką, wymieszać, zalać bulionem, ponownie wymieszać. Przykryć. Gotować na małym ogniu 15 minut. Dodać ugotowany ryż. Doprawić sokiem z cytryny i gałką muszkatołową. Spróbować, ew. dosolić. Można zabielić śmietaną, choć i bez niej zupa jest bardzo dobra.


Bardzo po cichutku się przyznam, że nie zawsze gotuję lub mam wcześniej ugotowany bulion. Z drugiej strony nie stosuję nic, co ma w sobie glutaminian sodu - bolące brzuchy moich dzieci skutecznie mnie tego oduczyły. Czasem ratuję się wodą z vegetą natur obiecując sobie solennie, że wreszcie pomieszam swoją własną przyprawę warzywną, która uprości mi gotowanie zup, gdy leń lub brak czasu mnie dopadną.


Dania Postne

środa, 27 lutego 2013

Czy można? Bezglutenowa pizza niepizza.



Czy można być piękną mając cellullit na łydce?
A szczęśliwą?
Co takiego? Cellulit na łydce? Fuj! Toż to okropne. 
 Czy można siąść odpocząć z herbatą i dobrą książką mając nieumytą podłogę? Bez wyrzutów sumienia?
Nieee, w żadnym wypadku. Lepiej podpierać się nosem i mieć czysto w domu na okrągło. 
 No tak. Ostatnio odkryłam to straszne na c na mojej łydce. Chyba to to, bo się na tym nie znam ;). Pewnie nie powinnam się przyznawać tylko wstydliwie skrywać i zapadać się pod ziemię. 
Z bałaganem kiedyś usiłowałam walczyć i po paru miesiącach się poddałam. Pewnie też powinnam się wstydzić. 
No i się nie wstydzę. Egoistycznie zachwycam się skrzącym w świetle latarni padającym śniegiem. Znajduję przyjemność w odśnieżaniu. Uśmiecham. Czasami czuję się piękna (przynajmniej sobie wmawiam ;) ). Zarywam noce czytając książki. Gotuję bo lubię. I to wcale nie trzydaniowe obiady dla rodziny, tylko "wynalazki", bo to mnie bawi, bo jest twórcze. I jeszcze oczekuję, że je zjedzą!
Staram się być szczęśliwa.


Bezglutenowa pizza niepizza 
 składniki:
  • 1/2 szklanki prosa (kaszy jaglanej)
  • szczypta soli
  • 1/2 łyżeczki suszonego tymianku
  • 1/2 łyżeczki suszonej bazylii
  • 1/4 łyżeczki suszonego rozmarynu
  • 1/2 szklanki mąki grochowej
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 2 łyżki siemienia lnianego (używam złocistego, ale można zwykłego)
  • 1/4 szklanki wody
  • w sumie 4 i 1/2  łyżki oliwy (około)
  • 1 łyżka sosu sojowego
  • 4 kawałki (połówki) suszonych pomidorów w oliwie
  • 6-8 plastrów oscypka
  • suszone oregano do posypania
Najpierw trzeba ugotować kaszę. Można to zrobić dzień wcześniej.  W tym celu rozgrzać w garnku (najlepiej z grubym dnem) 1/2 łyżki oliwy, wsypać kaszę, chwilę poprażyć mieszając i zalać 3/4 szlanki wrzątku. Dodać sól, tymianek, bazylię i rozmaryn. Zamieszać, przykryć i gotować na małym ogniu przez 20 minut. Odstawić do ostygnięcia (kasza może być ciepła).
W malakserze zmielić ugotowane proso z siemieniem lnianym, dodać wodę, 2 łyżki oliwy, sos sojowy i mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia. Wyrobić ciasto - robię to dalej w malakserze aż ciasto zaczyna tworzyć kulę. Ciasto jest klejące, ale takie ma być.
Piekarnik rozgrzać do 180 stopni Celsjusza (z termoobiegiem, jeśli nie macie, to do 190).
Przygotować dwa kawałki papieru do pieczenia. Ciasto podzielić na 4 części. Z każdej uformować/wylepić koło o średnicy mniej więcej 18 cm i grubości 2-3 mm. Robię to mokrymi dłońmi, ciasto się do nich wtedy nie przykleja. Każdy placek posmarować oliwą.
Piec 15 minut w gorącym piekarniku aż będą chrupiące. Wyjąć. Ułożyć na nich dowolnie pokrojony oscypek i suszone pomidory, posypać oregano. Włożyć jeszcze na 3 minuty do gorącego piekarnika.

"Pizze" są dobre na ciepło. Jeszcze chyba lepsze, gdy wystygną. Piekę je z dwóch porcji i jemy na kolację na gorąco i rano na śniadanie. Można je też zabrać ze sobą jako przekąskę.
Dobrze je upiec na kamieniu - wkładam go do zimnego piekarnika, rozgrzewam i pizze na papierze zsuwam na kamień.



Pomysł na upieczenie czegoś ze zmielonej, ugotowanej kaszy jaglanej i mąki grochowej powstał po przeczytaniu postu o wegańskiej pizzy Vegan Richy.


A cellulitu na łydce jednak nie mam. To była chwilowa niedyspozycja w postrzeganiu siebie :).



poniedziałek, 25 lutego 2013

Food Blogger Fest II - relacja subiektywna.

 
To już drugi raz. Byłam na Food Blogger Fest. Praktycznie spędziłam na nim całą sobotę. Czy było warto? Na pewno. 
Dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy, zainspirowałam, spotkałam wielu miłych ludzi. Znanych mi tylko dzięki internetowi. 
Właściwie nie mogę powiedzieć, co mi się najbardziej podobało. Bo podobało mi się mnóstwo. 

Na początku Kamis a właściwie McCormic i Basia Ritz. Przyznam się, że ta prezentacja najmniej do mnie trafiła. Może wielki świat uznaje, że ta firma kształtuje trendy kulinarne. Może wszyscy czekają na to, by powiedziała, co w tym sezonie jest kulinarnie modne. Hm, pozwolę sobie być odporna na te sugestie i podążać za własnymi fascynacjami :).

Łukasz Węgrzyn świetnie opowiadał o prawie autorskim. Wiecie, że pierwsze a zarazem jedyne w starożytności prawo nie odnoszące się do dóbr materialnych  dotyczyło kulinariów?  W VII w p.n.e. w greckiej kolonii Sybaris twórca przepisu kulinarnego zyskiwał monopol na roczne przygotowywanie potrawy przez siebie stworzonej. To oczywiście ciekawostka, ale parę ważnych rzeczy dla bloggerów też się znalazło. Po pierwsze wbić sobie do głowy mantrę, żeby podawać źródło. Po drugie wszystko co stworzymy, czyli i zdjęcie i tekst jest nasze i nikt nie ma prawa bez naszej zgody z tego korzystać. Ale... Nie jest chroniona procedura, czyli przepis. Ja to rozumiem tak, że jeśli ktoś skorzysta z mojego przepisu i opisze go np. na blogu swoimi słowami nawet nie podając źródła, to miał do tego prawo. Ale jeśli skopiował mój opis, albo moje zdjęcia, to wysyłam mu rachunek z dwukrotną kwotą na jaką wyceniam swoją pracę do zapłacenia i czekam na rozwój wypadków :). 

Iga Furmańczyk i Julia Fic opowiadały o reklamie na blogach z punktu widzenia osób pośredniczących między tymi, którzy te reklamy chcą zamieszczać, a blogerami. Kwestia, czy chcemy tak zarabiać, jest do rozważenia. Szereg uwag jednak można odnieść do każdego blogu. Też mojego. To, że powinnam zrobić na Tarzynkowie porządki, wiem od jakiegoś czasu. To, że powinnam ułatwić dostęp, wyszukiwanie, lepiej opracować kategorie, stworzyć spis treści, to też dla mnie nic nowego. Mam to w planach, ale muszę się jeszcze sporo nauczyć, żeby to zrobić. Na pewno prędzej czy później mi się uda. Niezależnie od tego, czy zdecyduję się na umieszczanie reklam, czy nie. Po prostu mój blog będzie wtedy fajniejszy: mam nadzieję, że nie tylko dla mnie.

Gdy zaczęłam prowadzić blog, to starałam się odpowiedzieć sobie na pytanie po co to robię? I wtedy i teraz  tak naprawdę nie wiem. To nie ma celu, ale wydaje mi się, że ma sens. Z opowieści Eweliny Majdak, która prowadzi uroczy blog Around the kitchen table (jej zdjęcia zachwycają mnie już od dawna) najważniejsze było dla mnie zdanie: "Warto mieć bloga, by każdego dnia zadziwiać się, że ktoś to bez przymusu czyta". Cieszę się, że podzieliła się swoimi doświadczeniami blogerki i przemyśleniami na temat blogowania. Utwierdziła mnie w przekonaniu, że warto to robić. Jeśli ktoś chce poznać więcej szczegółów prezentacji, to na blogu Eweliny pojawił się jej opis.

Przyznam się, że nie wiedziałam, że istnieje księgarnia, w której można kupić tylko książki o kulinariach. Prowadzi ją Laura Osęka. Fajny pomysł, miła właścicielka, na pewno tam zajrzę. Wprawdzie jeszcze nie pozbyłam się takich książek, które uważam, za nietrafione, ale chyba już jest blisko do tego momentu, bo przestają mi się mieścić, choć już stoją w dwóch rzędach na całkiem pojemnych półkach. Tylko odwiedzając tę księgarnię muszę sobie jakiegoś zaskórniaczka uzbierać - nie wiem, czy będę potrafiła się oprzeć i nic nie kupić. 

Kolejne zdanie, które chciałabym zapamiętać na dłużej, to  zdanie Daniela Pattersona szefa kuchni Coi w San Francisco: "Porażka jest jedną z możliwości". Zmusiło do zastanowienia. Wydaje mi się pozytywne i niesamowicie optymistyczne. Skoro porażka jest jedną z możliwości, to nie jest czymś jednoznacznie negatywnym - nie bójmy się ryzykować i próbować nowych rzeczy. Aż chciałoby się kliknąć przy nim "lubię to" ;). Zdanie to zacytowała Małgorzata Minta, która ciekawie opowiadała o fascynującym wydarzeniu, w którym brała udział (zazdroszczę!): Cook it Raw na Suwalszczyźnie.

Podróże i kulinaria. Fajna perspektywa. Rzadko ostatnio wyjeżdżam daleko, ale gdy mi się to zdarzy, to podobnie jak Natalia Rusinowska ciekawa jestem miejscowych kulinariów. Dużo bardziej interesują mnie niż muzea i zabytki.

O książce Marka Kalbarczyka i Piotra Adamczewskiego czytałam u Inki Wrońskiej. Bardzo mnie zaciekawiła, żałowałam, że jest niedostępna. Na studiach będąc miałam niewidomych znajomych. Świetnych, samodzielnych, twórczych. Teraz myślę, że w zderzeniu z dorosłością  jest im dużo trudniej zachować entuzjazm niż osobom widzącym. Pan Marek go cały czas posiada. Entuzjazm, pogodę ducha. Spotkał mnie zaszczyt, zostałam właścicielką "Smaku na koniuszkach palców". Jestem przekonana, że prędzej czy później o tej książce jeszcze napiszę.

Na sam koniec dowiedziałam się, że czekolada może być jak wino. W zależności od rodzaju ziarna, od jego pochodzenia, stopnia uprażenia ma inny smak. Można się w niej zakochać, może być pasją. Zazdroszczę tej pasji Tomaszowi Sienkiewiczowi i Krzysztofowi Stypulkowskiemu z manufaktury czekolady. 


Tyle część oficjalna. Potem były warsztaty dla szczęściarzy. Byłam jedną z nich. Przekonałam się, że fotografowanie przy świetle sztucznym nie jest takie straszne. Dzięki uwagom Beaty i Lubomira Lipovów (wielkie podziękowania za mnóstwo cierpliwości i życzliwości. Dzięki Wam, to był świetnie spędzony czas) moja wiedza na ten temat jest o wiele większa. Zdjęcia robiliśmy ugotowanym specjalnie dla nas potrawom. Wcale niełatwym do fotografowania. Fajnie, tym większe było wyzwanie. Mam nadzieję, że mu sprostałam. Ryba (chyba sola - zapomniałam zapamiętać :( ) ze szparagami i kawowym sosem to połączenie mi dotąd nieznane. Nie pasowała do tego dania cytryna. Dużo lepiej grały z nim truskawki i pięknie ożywiały kompozycję. Bardzo ciekawa smaku sosu spróbowałam go. Był przepyszny, zaskakujący. Aż mnie korci, żeby kiedyś pokusić się o jego odtworzenie...

 

wtorek, 19 lutego 2013

Krupnik pełen umami.

Molierowski pan Jourdain nie wiedział, że mówi prozą. Tak samo krupnik jest zapewne nieświadomy, że pełno w nim umami ;).

Krupnik, zupa przez niektórych znienawidzona. Zdrowa, pożywna, tradycyjna. Jako dziecko nienawidziłam w nim kawałków ziemniaków, pietruszki i selera. Potem długo nie pojawiał się u mnie w domu - wszak to ja rządzę, co jest do jedzenia, bo ja gotuję :). Moje uwielbienie kaszy jęczmiennej sprawiło, że z pewną nieśmiałością wrócił. Nie pojawia się za często, ale jednak czasem go gotuję. I zjadam ze smakiem.
Pełno w nim dobrych rzeczy. Gotuje się długo i smaki wchodzą do niego, przenikają się, zaczynają współgrać. Dobry po ugotowaniu, jeszcze lepszy następnego dnia. Całkiem niedawno dorzuciłam do niego miękkiego pomidora znalezionego w lodówce. Nikt by go nie zjadł, nie chciałam go wyrzucać i pamiętając, że pomidory mają smak umami postanowiłam poeksperymentować.  Potem domownicy chodzili i mówili, że tym razem krupnik nadzwyczajnie się udał :). Może umami jednak istnieje, choć ani nikt go nie widział, ani dzieci o nim w szkołach nie uczymy. 


Krupnik pełen umami

składniki (wychodzi dużo, u nas na dwa dni wystarcza):
  • 1 duża lub 2 małe indycze szyje (ok. 500 - 600 g)
  • garść suszonych grzybów (ok. 15 - 20 g)
  • 3 średnie marchewki
  • 3 średnie pietruszki
  • 1/2 średniego selera
  • cebula
  • pomidor (można pominąć)
  • 6 ziarenek pieprzu
  • 2 ziarna ziela angielskiego
  • 3/4 łyżki soli + 1/4 łyżeczki
  • 2-3 liście lubczyku (mam suszony, można pominąć, można wrzucić 1 łyżeczkę suszonego,  ale wtedy będą drobinki pływać w zupie)
  • 3/4 szklanki kaszy jęczmiennej 
  • 1 łyżka oleju
  • 2 i 1/2 litra + 1i 1/2 szklanki wrzątku
  • ew. 5 średnich ziemniaków (nie lubię ich w krupniku, więc nie dodaję)
  • ew. natka pietruszki do posypania
Umyć szyje. Grzyby opłukać. Zagotować 2 litry wody. Włożyć do niej mięso i grzyby. Gotować pod przykryciem przez 1/2 godziny na małym ogniu.
Marchewki, pietruszki i selera umyć i obrać. Dołożyć do garnka wraz z solą (3/4 łyżki), pieprzem, zielem angielskim, lubczykiem, obraną cebulą i pomidorem. Gotować na małym ogniu pod przykryciem kolejne pół godziny.
W tym czasie ugotować kaszę. W garnku rozgrzać olej, wsypać kaszę i chwilę prażyć mieszając. Zalać 1 i 1/2 szklanki wrzątku. Wsypać sól (1/4 łyżeczki), przykryć. Gotować na małym ogniu przez 20 minut (nie mieszać).
Z ugotowanej zupy wyłowić pomidora i cebulę i je wyrzucić. Wyjąć marchewki, pietruszkę i selera i pokroić w kostkę, wrzucić z powrotem. Wyjąć szyje, obrać z nich mięso, ew. pokroić na mniejsze kawałki. Wrzucić do zupy. Dodać ugotowaną kaszę. Wymieszać, spróbować i ew. dosolić, podgrzać. Można podawać posypane posiekaną natką pietruszki. Można zabielić śmietaną (choć wg. mnie wcale to nie jest konieczne).


Jeśli dodaję ziemniaki, to myję je, obieram, kroję w kostkę i gotuję osobno przez 10 minut (do miękkości) od zagotowania w małej ilości posolonej wody. Odcedzam i dodaję do zupy. Oddzielnie gotowane ziemniaki i kasza bardziej mi odpowiadają, ale można je wsypać do zupy nieugotowane odpowiednio mniej więcej 10 i 20 minut przed końcem gotowania. Wolę kroić ugotowane marchewki, pietruszki i selera, ale jak komuś nie odpowiada wyławianie i krojenie ciepłych, to z powodzeniem może pokroić surowe i wsypać do zupy od razu kosteczki warzyw. Jak leń olbrzymi mnie ogarnie, to potrafię zastąpić je ok. 450 g mrożonej włoszczyzny.

W wersji szybkowarowej wkładam do garnka od razu mięso, grzyby, marchewki, cebulę, pomidora, przyprawy i sól. Zalewam wrzątkiem, przykrywam i gotuję na II 25 minut od zagotowania. Kaszę i ziemniaki gotuję wtedy osobno. Otwieram szybkowar, wyrzucam cebulę i pomidora, włoszczyznę kroję w kostkę, mięso obieram. Wrzucam z powrotem dodając kaszę i ziemniaki. Mieszam i gotowe.


Skąd w krupniku umami? 
Z długo gotowanego mięsa, suszonych grzybów i pomidora.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...