poniedziałek, 1 czerwca 2020

Wcale nieczekoladowe ciasteczka z kawałkami czekolady.

Chcesz rozbawić Pana Boga? Powiedz mu, jakie masz plany... 
Umiemy żyć z dnia na dzień? Wstawać rano i dopiero podejmować decyzję, co dziś robimy?
Zostać wytrąconym z rutyny, zetknąć się z zupełnie nową sytuacją, zacząć obywać się bez codziennego pędu, nie wiedzieć, co za rogiem? 
Nie móc robić tego, co stało się normalnością. Nie móc się spotkać ze znajomymi. Trzeba za to zetknąć się ze sobą, bo nie ma wymówki, że się spieszę. 
Na szczęście jest świat wirtualny...
Na szczęście? 

Na smuteczki, na niepewności, na chanderkę... sięgamy po słodycze, uprzyjemniacze życia. 
To pewnie zły zwyczaj.
Ale jaki przyjemny :)
Tylko potem może się okazać, że mamy kowidową oponkę spowodowaną przez kowidowe ciasteczka. Nietopsze :D


Ciasteczka z cukrem muscovado i kawałkami czekolady

Składniki:

  • 110g masła
  • 100g cukru białego
  • 50g cukru dark muscovado
  • 1 jajko
  • 190g mąki
  • 2 ml sody oczyszczonej
  • 2 ml soli
  • ok. 75g gorzkiej czekolady pokrojonej w kawałki
Piekarnik rozgrzać do 180 stopni Celsjusza (z termoobiegiem).
Masło roztopić. Przełożyć do miski, dodać oba cukry i zmiksować aż do uzyskania jednolitej masy, która powinna w międzyczasie trochę ostygnąć (chodzi o to, żeby nie miała ponad 40 stopni i nie ścięło się jajko). Dodać jajko. Dodać mąkę wymieszaną z solą i sodą oczyszczoną. Cały czas miksować. 
Dodać czekoladę w kawałkach i wymieszać łyżką. 
Na blasze (wyłożonej papierem do pieczenia lub matą silikonową) rozłożyć ok. 12 porcji ciasta. My robimy to przy pomocy łyżki do porcjowania lodów. Trzeba zostawić trochę odstępu, bo ciasteczka się trochę rozpływają. 
Włożyć do piekarnika i piec 10 minut. Ciasteczka stwardnieją na obrzeżach, w środku zaś będą miękkie. Raczej nie wydłużać czasu pieczenia - skutkuje to wyprodukowaniem twardych ciastek. Takich, które ciocia staruszka podgryza na podwieczorek maczając w herbacie, ... bo zęby już nie te.
Studzić na kratce.  


Oczywiście można próbować zastępować dark muscovado cukrem trzcinowym Demerara lub wręcz białym. Nie będzie wtedy jednak lekko karmelowego posmaku, który dodaje ciasteczkom mnóstwo smaku i uroku. Można też spróbować upiec na samym muscovado (to robiłyśmy - ta wersja mniej nam przypadła do gustu).



Przepis i ciasteczka zawdzięczamy mojej córce. Znalazła przepis Raveeny Oberoi z jej książki "Just moments".  Już żałuję, że jej nie mam :). Ciasteczka są pyszne. Warte grzechu i oponki w pasie. Odchudzać się będę jutro...

poniedziałek, 18 maja 2020

Herbatka z mniszka

Mniszek lekarski.
Może byś pozbierała ten mniszek? My tu mamy śliczny trawnik, a u Ciebie już pełno żółtych kwiatów i zaraz nam się porozsiewa...
No to zbieramy z małżem. Kwiatki i pączki. Bo rzeczywiście rozsiewa się łatwo, pełno go dookoła. Od czasu do czasu mamy wyrzuty sumienia, gdy po raz kolejny przepędzamy jakiegoś zapylacza.  Przecież zapylacze mają trudno, są zagrożone, lubimy je i się martwimy... Wprawdzie kwiatów nie wyrzucamy, ale pewnie zaraz zaczniemy. 
No dobrze, zbieramy, może nawet zaczniemy usuwać z korzeniami, będziemy wyrzucać. Co z naszym leniem? Dlaczego daliśmy się wkręcić w takie myślenie? Lubimy bioróżnorodność. Z naszych doświadczeń wynika, że obok mniszka spokojnie sobie rosną inne rośliny i on im bardzo nie przeszkadza.  Wprawdzie ci sąsiedzi od trawnika..., ale na zewnątrz też pełno mniszka (potrafi daleko latać) i tak się im rozsieje. W końcu dlaczego ich sposób widzenia tego, co ważne ma być lepszy niż nasz?

 

Przeczytałam na facebooku rumuńską legendę o tym, jak Pan Bóg stwarzał ziemię i wysłał anioła, żeby zapytał rośliny, jak chcą wyglądać. Wszystkie były zdecydowane tylko mniszek nie. Ubłagał, żeby mu dano dodatkowy dzień na zastanowienie. Rozglądał się mniszek i zobaczył słońce, księżyc i gwiazdy. I chciał być jak one wszystkie. Tak też powiedział aniołowi. I dobry Pan Bóg spełnił jego prośbę.
Zapomnijmy choć na chwilę, że to jest chwast. Czy jego winą jest to, że nie mamy nad nim kontroli. Nie lubimy niepokornych? Spójrzmy, że jest piękny. Jak słońce, księżyc i gwiazdy. 
Zebraliśmy kwiaty i pączki. Wiemy, że rosną tam, gdzie nie ma zanieczyszczeń ani oprysków. Nie wyrzuciliśmy ich. Zrobiłam herbatkę z mniszka. Lubię ją bardzo. Smakuje mi :)


księżyc, czy gwiazdy?


Fermentowana (utleniana) herbatka z mniszka


    składniki:

             dużo kwiatów i pączków mniszka lekarskiego

 Po zebraniu rozłożyć kwiaty i pączki na jakiejś płaskiej powierzchni (mogą to być tace, rozłożona jakaś jasna płachta). Dać im podwiędnąć i pozwolić zaplątanym żyjątkom je opuścić (żyjątka najlepiej troskliwie odnieść tam, gdzie żyją). Ugnieść i upchnąć bardzo ściśle w słoiku. Jak już się wydaje, że cały słoik jest pełen, to jeszcze dołożyć. To naprawdę ważne, żeby wszystko było ugniecione i upchnięte pod samą pokrywkę. Zakręcić. Trzymać w ciepłym miejscu (50 stopni celsjusza) aż sfermentuje. Suszyłam w piekarniku nastawionym na 50 stopni 3 godziny, wyłączyłam go i zostawiłam do ostygnięcia. Potem ten proces powtórzyłam jeszcze raz, ponieważ wydawało mi się po odkręceniu, że mało intensywnie pachnie. Odkręcić. Powinien być przyjemny, dość mocny zapach. Rozłożyć i wysuszyć. Można w suszarce do grzybów.  Niektóre kwiaty zaczynają się zmieniać w dmuchawce - za długo cały proces przebiegał. Nie przejmuję się tym. I tak herbata jest smaczna. Przesypać do puszek, słoików lub drewnianych pudełek. Gotową herbatkę parzyć ok. 10 minut zalewając 1 łyżeczkę suszu szklanką wrzątku. Można też spróbować innego czasu parzenia i innych proporcji. 




Mniszek ma mnóstwo wspaniałych składników. Był stosowany od dawna w ziołolecznictwie. Za dr Różańskim: pomaga na trawienie, odtruwa, dobrze wpływa na wątrobę, pobudza przemianę materii (dobry przy odchudzaniu), obniża poziom cukru we krwi, ma działanie przeciwmiażdzycowe, pomaga znosić napięcie przedmiesiączkowe. Cudo miód
Jest też jednak łyżka dziegciu. Pojawiły się doniesienia, że obserwowano jego niepożądane działania. Dr Różański niestety też twierdzi, że należy być ostrożnym przy nowotworach i infekcjach wirusowych takich jak AIDS czy WZW. To wszystko tyczy się mniszka zebranego i przetworzonego zgodnie z zaleceniami Farmakopei. 


A jak to się ma do tej herbatki? Otóż zupełnie nie wiem, co w niej zostało po procesie, któremu została poddana. Być może całkiem sporo, ale  nikt nie badał ani jej składu ani wpływu leczniczego na człowieka. Proces fermentowania (utleniania) roślin, a potem ich suszenia jest znany od lat. Tak powstaje choćby czarna herbata (zwróćcie uwagę, że ma mnóstwo dobrych właściwości, większość, ale nie wszystkie takie same, jak zielona).
 Ziele i korzeń mniszka należy suszyć w temperaturze nie wyższej niż 40 stopni. Już choćby to świadczy o tym, że nie powstało lekarstwo. Za to jest pyszna. I może jednak trochę pomaga :). (ja tam wierzę, że jak  wk**w hormonalny zdenerwowanie mnie ogarnie, to mnie wycisza ;), poza tym może schudnę...).


Przepis dodaję do akcji:
Jemy chwasty 2020

piątek, 15 maja 2020

Fermentowane herbaty na Dzień Polskiej Niezapominajki

15 maja - Dzień Polskiej Niezapominajki 
Wiecie, tych dni tego i owego jest mnóstwo. Praktycznie codziennie. Dzień skarpetki z lewej nogi, dzień dłubania w nosie - niektóre absurdalne. Mnożą się i mnożą, umniejszają znaczenie Dnia. Nie lubię?
Przeczytałam o Dniu Niezapominajki. Że takie polskie Walentynki. Walentynki jakieś nie moje, a niezapominajka miła, niebieska, swojska. Dopiero później się doczytałam, że wcale nie Walentynki, choć można. Że jeszcze jest Polskiej. I że wcale nie chodzi o Walentynki, tylko o bioróżnorodność. 
Lubię niezapominajki.
Lubię bioróżnorodność.
Zachwyca mnie jeż spotkany na Agrykoli. Łoś biegający za płotem, choć to przecież miasto. Ślaz zaniedbany, który w tym roku znowu się pojawił. Różne latające i zapylające, których nie potrafię nazwać. I przygarnięty pies, który kocha nas miłością bezgraniczną, a my się cieszymy, że już nam ufa. 
Całe bogactwo wokół, które jeszcze jest. 
Chodzę, oglądam, uczę się. Poznaję. Wiem coraz więcej (a propos wiem, wiecie, że 13.05 jest Dzień Wiedźmy - tej która wie? - Wiedźmy też lubię, te dobre :) ). 
Wiem też coraz więcej, co można zjeść. Całe bogactwo. Niezapominajki też, ale na razie nie zamierzam. 



Zastanawiałam się, czy pisać ten post. No bo przecież chyba wszyscy już wiedzą, że można robić fermentowane herbaty. Mam wrażenie, że wokół każdy eksperymentuje utleniając to, co mu wpadnie w ręce i sprawdzając, czy smaczne.
Jednak napiszę. Co więcej będę tu wracać i uzupełniać. Taka rozwijająca się instrukcja. Też dla mnie, żeby nie zapomnieć. 

Fermentowana herbata:


  • wybrać i zebrać roślinę. Koniecznie musi być jadalna. W Polsce rosną rośliny, których spożycie może zrobić krzywdę. I koniecznie tylko tyle zebrać, ile jest potrzebne. Nie marnujmy.
  • rozłożyć, żeby lekko podwiędła i żeby wyszły z niej różne żyjątka
  • zrolować, rozdrobnić, zgnieść, przepuścić przez maszynkę (wyjdzie herbata granulowana), podobno można też przemrozić - słowem lekko sponiewierać
  • ściśle upchnąć w słoiku. Naprawdę ściśle: ja upycham tak, że się już nic nie zmieści, potem dokładam jeszcze trochę, dopycham i dopiero zakręcam
  • ogrzać do ok. 50 stopni. Można w piekarniku przez parę godzin, można w nagrzanym samochodzie zawinięte w ciemny materiał, można w zmywarce (trzeba się upewnić, czy słoik jest szczelny). Preferuję piekarnik (ale innych sposobów nie wypróbowałam, więc tak naprawdę nie wiem, jak się sprawują)
  • odkręcić i sprawdzić, jak pachnie. Jeśli fajnie, to zakończyć grzanie. Jeśli słabo, to można jeszcze pogrzać. Jeśli zapach zaczyna przypominać kompost - cóż, wyrzucić. To nie musi świadczyć, że roślina się nie nadaje. Raczej, że zrobiliśmy jakiś błąd. Czasami zmienia się też kolor. Lilak w słoiku robi się biały, to znak, że trzeba skończyć etap grzania (podczas suszenia zbrązowieje)
  • wyjąć, rozłożyć, wysuszyć. Suszyć można po prostu, można w suszarce do grzybów. Można też podobno w wysokiej temperaturze.
  • przełożyć do puszki, słoja, drewnianego pudełka i zostawić. Tu jeszcze trwa proces fermentacji, dochodzi. Może to trwać do roku.
  • wypróbować. Można parzyć krótko lub dłużej. Można mieszać z innymi herbatami fermentowanymi albo z suszonymi ziołami, kwiatami, owocami, skórkami cytrusów. To naprawdę może być fajna zabawa i odkrywanie aromatów i smaków. 

Fermentowanie herbaty to wcale nie fermentacja. To utlenianie zachodzące we wnętrzu. Mądrzy ludzie twierdzą, że rodzaj autolizy, czyli wstępnego rozkładu (bosz, brzmi zniechęcająco). Podobno taki proces ułatwia strawienie czyli przyswajanie. Można fermentować rośliny o właściwościach leczniczych. Część jest zbadana (np. całkiem sporo wiadomo o właściwościach herbaty czarnej - czyli fermentowanej a właściwie utlenianej i herbaty zielonej. Nie wiem, czy inne rośliny po fermentacji mają właściwości lecznicze. Nie o to w tym procesie chodzi. Chodzi o smak, radość, odkrywanie. 




Warto fermentować, czyli wypróbowałam:


  • lilak pospolity powszechnie nazywany bzem. Ususzony ma goryczkę, która znika jeśli się go podda fermentacji. Niektórzy twierdzą, że staje się karmelowy. Ja bym tak nie określiła, ale jest smaczny.
  • młode listki, pączki i kwiatki dzikiej gruszy. Chyba najpiękniej pachnąca herbatka
  • młode listki klonu 
  • kwiaty i liście czeremchy pospolitej. Po fermentacji mają silny aromat migdałowy. Kwiaty wyszły delikatniejsze, liście pachniały mocno. Dla mnie za mocno. Wymieszałam je z różnymi ususzonymi i fermentowanymi roślinkami i wyszła nasza najsmaczniejsza jak dotąd herbata. To ta na zdjęciu powyżej.
  • pączki i kwiaty mniszka lekarskiego - niedługo o niej napiszę


Niezapominajka i bioróżnorodność :)



Tu parę miejsc, w których jest mowa o herbatach fermentowanych i do których warto zajrzeć: 
https://www.facebook.com/obliczagruzji/videos/1066992843368446

poniedziałek, 11 maja 2020

Gdy wieje wiatr historii...


"Gdy wieje wiatr historii,
ludziom jak pięknym ptakom
rosną skrzydła, natomiast
trzęsą się portki pętakom."


 Pisał mistrz Ildefons w "Balladzie o trzęsących się portkach"...


"Gdy wieją wichry zmian, jedni budują mury, inni budują wiatraki."


Mawiali mądrzy Chińczycy. 

I tak sobie myślę, że boję się trzęsących portek i murów. 

Że chciałabym, żeby ludzie mieli skrzydła i budowali wiatraki. 

Żeby byli wielcy i skromni.
Żeby zauważali innych, otaczali ich troską i uwagą.
Żebyśmy akceptowali inność i byli akceptowani.
Żeby odwaga wygrywała z tchórzostwem.
Żeby małość i egoizm nie były w cenie.
Żebyśmy dzielili się...
 kromką chleba
 zakwasem
 dobrocią
 uśmiechem

 albo bułeczką...


Szybkie bułeczki na kefirze

składniki na 8 bułeczek:

  • 440g kefiru
  • 200g mąki pszennej chlebowej (albo uniwersalnej)
  • 140g mąki pszennej razowej
  • 100g mąki żytniej chlebowej
  • 4 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 3/4 łyżeczki soli
  • ew. trochę mleka (może też być woda) i sezam lub mak do posypania
Piekarnik rozgrzać do 190 stopni (najlepiej z kamieniem w środku).
Do miski wlać kefir. Wsypać proszek do pieczenia i sól. Zważyć mąki i dodać. Wyrobić szybko ciasto. Będzie się lepić, więc lepiej to robić mikserem, maszyną itp. Powinno nie być gęste, raczej luźne, jak na ciasto na pieczywo.
Wyłożyć na stolnicę podsypaną mąką, podzielić na 8 części i uformować bułki. Można posmarować po wierzchu mlekiem lub wodą i posypać sezamem lub makiem.
Włożyć do rozgrzanego pieca.
Piec ok. 20 minut. 
Sprawdzić, czy są upieczone pukając w spód. Jak będzie głuchy odgłos, to wyjąć. Jak nie, to dopiec. Studzić na kratce.

Nie należy ulegać pokusie dodania dużo więcej mąki (tu niestety warto posłużyć się swoim doświadczeniem: kefir kefirowi nierówny - mój jest w miarę gęsty, robiony w domu, mąki również różnie się zachowują). Ciasto powinno być w miarę luźne, niestety też się mocno lepi. Największa trudność, to podzielenie go na części i uformowanie bułek. Robię to podsypując obficie mąką i posługując się nożem do porcjowania ciasta (takim prostokątem ze stali). Niestety, gdy doda się za dużo mąki, wychodzą twarde i dużo mniej smaczne.
Można też uformować bajgle/obwarzanki. Może to nawet prościej. Robi się z ciasta wałek i formuje z niego okrąg sklejając końce.
Bułeczki układam na desce na papierze do pieczenia i z nim zsuwam na rozgrzany kamień do pizzy w piekarniku.


Można je upiec też z innych mąk. Piekłam po prostu z pszennej chlebowej (720, ale uniwersalna 650 też będzie dobra). Wtedy jednak dodałam mniej kefiru - 400 g, mąki 440g. Inne składniki bez zmiany.
Piekłam też bezglutenowe z mąki kukurydzianej (300g), mąki z ciecierzycy(140g) i dwóch łyżek siemienia lnianego zalanego wrzątkiem (50 ml) i przestudzonego (siemie dla kleistości, nie ma wszak glutenu z pszenicy ani śluz z żyta). No cóż. Były zjadliwe. Stanowczo nie do powtarzania. Mimo że surowe ciasto zostawiłam bardzo luźne - praktycznie prawie nie formowałam bułeczek, bo się nie dało - wyszły mocno zbite. W smaku też chyba mąka z ciecierzycy za bardzo dominowała.. Wersja bezglutenowa wymaga dopracowania.
Te bułeczki są delikatne, inne niż drożdżowe, ale bardzo smaczne. Szybko znikają w naszych brzuchach.


Dzielę się zakwasem i grzybkiem kefirowym. Lokalnie. Lata temu zamieściłam swoje namiary na Zakwasowej mapie Polski. Czasami ktoś się odzywa :).

poniedziałek, 4 maja 2020

A może jednak powrót...

Wiecie ile to już lat?
Strasznie dużo.
Strasznie długo nie pisałam.
Wszystko się zmieniło?
Blogger pewnie ma mnóstwo nowych funkcji...
A może się przerzucić na jakąś inną technologię?
Tyle pytań i wątpliwości....


Tyle lat już nie pisałam.
Ale zaglądam. Nawet złapałam się na tym, że czasami jestem zła, że nie ma jakiegoś przepisu na blogu. Bo przecież łatwiej znaleźć niż w moich rozrastających się notatnikach.

Tęskniłam. Tak troszkę.
Bo prowadzenie blogu zajmowało czas, ale też mobilizowało do działania.
Do przemyśleń, ubrań w słowa wspomnień i myśli, odczuć.
Zapisuje się na nim chwile (przynajmniej ja to robię). Oczywiście, że jak zaglądam, to głównie po przepis. Ale też czasami podczytuję. I czasem jest olśnienie: jej, tak było, ulotna chwila uciekła, ale tu została. Miła i dobra, budząca dobre uczucia.

Powrót bo?
Bo zostałam zatrzymana w biegu codziennym. Schowana do domu. Nawet las chcieli mi kazać oglądać z daleka, ale im się nie udało, bo jest prywatny i do niego mogłam wejść.
Las nie mój, nawet nie wiem czyj dokładnie. Inni nie wiedzą, że prywatny, więc opustoszał bardziej niż zwykle. Ludzi w nim nie ma, za to zaczęły się pojawiać zwierzęta. Dzik popatrzył mi w oczy i zdecydował się odwrócić - uff. Zając przemknął. Sarna się pojawiła. Sarna? W mieście? Nie w centrum, na przedmieściach, ale sarna???
Takie zatrzymanie czasem łatwe nie jest. Bo jest czas na myśli, strachy, demony, obawy, co to będzie. Na nie chce mi się, nie mam siły. Na piżamę nocną i piżamę dzienną (no może dres). Bo wyrzucono nas ze strefy komfortu, granych ról i włożonych masek. I trzeba się skonfrontować ze sobą...

Przepis nie jest mój. Nie jest też łatwy ani szybki. Medytacyjny powiedziałabym.
Akurat na czas izolacji i siedzenia w domu. Na czas, gdy trzeba wyciszyć rozbuchane emocje.
Bo wymaga starań, zegarka, bo robienie rozciągnięte jest na parę dni.
Chleb.
Nie trzeba do niego drożdży ani zakwasu.
Potrzeba staranności, uwagi i cierpliwości.
Warto.
Jest genialny...


Chleb pszenno-orkiszowy na zaczynie kefirowym

Składniki:

  • Zaczyn:
    • kefir 100g (mleczny, aktywny)
    • mąka pszenna chlebowa 60g
  • Chleb:
    •  zaczyn
    • mąka orkiszowa 300g
    • mąka pszenna chlebowa 700g
    • mielona kozieradka 15g
    • sól 23g
    • woda 750g
Właściwie wszystkie składniki powinny być w temperaturze pokojowej (a nawet trochę wyższej: 25-27° Celsjusza).
Zaczyn:
Wymieszać 50g kefiru z 30g mąki. Przykryć. Zostawić w temperaturze pokojowej na 12h. Powinno być widać bąble. Dodać 50g kefiru i 30g mąki, wymieszać i ponownie zostawić na 12h. Po tym czasie powinno być widać, że zaczyn pracuje.
Zaczyn dokładnie rozpuścić w 700g ciepłej wody (temperatura pokojowa). Dodać 300g mąki orkiszowej, 700g  mąki pszennej chlebowej i 15g mielonej kozieradki. Dokładnie wymieszać, przykryć i odstawić na 30-40 minut.
Dodać 23g soli i 50g wody. Wyrobić dokładnie gładkie ciasto, które z łatwością odchodzi od miski. Zrobić z niego kulkę, naoliwić, włożyć do naoliwionego naczynia i zostawić do wyrośnięcia w temp. pokojowej aż podwoi objętość (trwa to ok. 8h). W tym czasie 4 razy składać (co godzinę, ma to zająć połowę czasu wyrastania). 
Gdy ciasto już będzie wyrośnięte, podzielić na 2-3 części (zależy ile i jak duże bochenki chcecie otrzymać) i wstępnie uformować kulki. Położyć złączeniem do góry, posypać mąką, nakryć lnianą ścierką i zostawić na 30-40 minut.
Uformować bochenki. Przełożyć do koszyków do wyrastania wysypanych mąką bezglutenową (ja wkładam do koszyków lniane ścierki, wysypuję mąką kukurydzianą, wkładam bochenki i przykrywam je wystającymi częściami ścierki). Włożyć do lodówki na 18-24h.
Rozgrzać do ok. 230 stopni piekarnik z kamieniem do pizzy, garnkiem żeliwnym, ceramicznym - co kto ma i lubi używać do pieczenia chleba. Do rozgrzanego włożyć chleb. Piec 15 minut w 220-230 stopniach, następnie kolejne 15 minut w 190 stopniach. Sprawdzić, czy upieczony pukając w spód - jeśli jest głuchy odgłos, to wyjąć. Jeśli nie, to dopiec. Wystudzić na kratce. 


Kefir powinien zawierać żywe bakterie, bo inaczej zaczyn nie zacznie pracować. Ja korzystam z gęstego, który robię w domu z mleka i grzybka kefirowego. Po zmieszaniu kefiru i mąki nie jest tego dużo i jest raczej gęste. 
Kozieradka nie dominuje, ale podkręca smak. Można ją pominąć, warto jednak dodać (raz jej nie miałam, dodałam mieloną kolendrę i chleb też był bardzo dobry - domownicy praktycznie nie zauważyli różnicy, mnie smakuje bardziej z kozieradką). 15g drobno mielonej kozieradki to ok. 20 ml (czyli 1 łyżka miarkowa i 1 łyżeczka inaczej 4 łyżeczki). 23g soli to 3,5 łyżeczki miarkowej czyli 17,5ml (użyłam zwykłej drobnej soli).
Autor przepisu używa mąki orkiszowej razowej, ja użyłam zwykłej, bo taką miałam. Chleb z mąką orkiszową razową jeszcze przede mną :).
Wyrobione gładkie ciasto ma się nie lepić do rąk. Jeśli macie doświadczenie, to wiecie, że następuje taki moment podczas wyrabiania, gdy gluten zaczyna pracować i ciasto się zmienia. Zaczyna odstawać od miski i rąk, staje się elastyczne. Jak się je uciśnie,  to palec nie robi dziury, tylko wgłębienie, które po chwili zanika.  Wyrabiać można jak najbardziej maszynowo. Trwa to dobrą chwilę mimo pierwszego etapu autolizy (czyli odstawienia ciasta jeszcze bez soli na odpoczynek -  autoliza skraca czas potrzebny do wyrobienia chleba).
Mój chleb podwoił swoją objętość w czasie krótszym niż 8 godzin. Być może to wpłynęło na tę dziurojaskinię na zdjęciach - trochę jej zapobiega nacięcie bochenków przed włożeniem do pieca. Myślę, że w związku z tym powinnam składać częściej niż co godzinę. Składanie to złożenie chleba dwa razy wzdłuż jednej krawędzi i dwa razy wzdłuż drugiej. Ja to robię w misce, w której wyrasta. Kiedyś piekarze po prostu przebijali rosnące ciasto trzonkiem drewnianej łyżki, żeby je odgazować - składanie okazało się skuteczniejsze, chleb wychodzi lepszy.
Temperatura pieczenia - to zależy od piekarnika i termometru. Mam wrażenie, że w moim wystarcza mniejsza temperatura niż w innych. To też trzeba zaobserwować. Jak za wysoka temperatura i duże bochenki, to chleb się nie dopieka w środku, a skórka jest przepieczona. Ja piekłam z termoobiegiem, na kamieniu rozgrzanym wcześniej w piekarniku.
Wszystkie te czary mary z kolejnymi etapami, odstawianiem na odpoczynek, składaniem itp bardzo wpływają na smak i konsystencję chleba, nie warto ich pomijać.



To nie jest przepis dobry do rozpoczynania przygody z pieczeniem chlebów. Jest dużo łatwiejszych przepisów. Jak choćby emigrant. No chyba że ktoś ma wrodzone zdolności albo szczęście początkującego. Przepis wymyślił Piotr Lesnianski i umieścił na facebookowej grupie Fermentujemy rośliny. Sięgnęłam po niego, bo i tak siedziałam w domu. Ze świadomością, że nie jestem w stanie przewidzieć dokładnie, kiedy będę musiała coś zrobić przy tym chlebie, bo akurat minie kolejny etap. Ot tak, z ciekawości co wyjdzie. Wyszło wspaniale mimo moich niedociągnięć. 

Chylę czoła przed wiedzą autora i jego doświadczeniem - przede mną jeszcze mnóstwo uczenia się, choć wydawało mi się, że całkiem dobrze umiem piec chleby. Zajrzałam nawet do cegły Hamelmana "Chleb" i zaczęłam zgłębiać teorię ich pieczenia. Jeszcze ją pozgłębiam :D. Na razie wiem trochę więcej na temat chlebów, procesów, jakie zachodzą podczas ich przygotowywania i na temat tego, czego nie wiem.

Jak widać, nie wszystko mi tym razem wyszło tak, jak chciałam - te piękne dziurojaskinie :)!  Wcześniejsze bochenki wychodziły bez nich - to złośliwość chochlika, który skądś się dowiedział, że zamierzam robić zdjęcia. Chleb i tak został zjedzony do ostatniego okruszka. Każdy, kto dostał go do spróbowania, był nim zachwycony.







poniedziałek, 30 czerwca 2014

Sałata z ziołami i truskawkami z sosem z octu balsamicznego

Połączenia nieoczywiste. Duże świeże liście lubczyku zjadane z sałatą zamiast lądujące w zupie? Nieoczekiwanie dobre. Nieoczekiwanie zaskakujące w połączeniu ze smakiem truskawek. Zabawa w misz-masz z tym, co rośnie w ogródku lub na parapecie. Zrywane prosto z krzaczka truskawki - marzenie. 
Ocet balsamiczny niestety w ogródku nie rośnie, przyjeżdża z daleka...



Sałata z ziołami i truskawkami z sosem z octu balsamicznego

składniki dla 4 osób:
  • 0,5 główki sałaty masłowej
  • garść ulubionych świeżych ziół (u mnie 4-5 sporych liści lubczyku, 4-5 sporych liści bazylii, 2 gałązki hyzopu)
  • 12 - 14 truskawek
  • sos:
    • 1 łyżka octu balsamicznego
    • 1 łyżeczka cukru
    • 0,25 łyżeczki soli
    • 3 łyżki oliwy lub oleju rzepakowego (najlepiej tłoczonego na zimno)
Umyć, osuszyć i porwać na kawałki liście sałaty. Ułożyć w sporej misce. Umyć i osuszyć zioła. Spore liście porwać na kawałki, mniejsze poobrywać z gałązek. Ułożyć zioła na sałacie. Umyć truskawki, poobrywać ogonki, włożyć do miski.
Wymieszać ocet z cukrem i solą (ja to robię w małym słoiczku). Mieszająć partiami dodawać oliwę lub olej. Powstałym sosem polać sałatę. Od razu po polaniu podawać.

Pierwszy raz jedliśmy taką sałatę z łososiem z grilla. Pyszne połączenie.


Twórczo  do lubczyku podeszła moja mama i z sukcesem zaczęła dodawać go do sałatki. Dzięki niej olśniło mnie, że świeże zioła zasługują na więcej eksperymentów. Też się pobawcie, naprawdę nie należy się przestraszać, że akurat nie ma się hyzopu czy innego bursztynowego świerzopu. Mięta, tymianek, szałwia, rozmaryn, melisa i wiele innych zasługuje na uwagę i próby łączenia ich smaków, dodawania do sałaty.

A truskawki prosto z krzaczka jadała sto lat temu moja babcia. W Kacianowiczach. Miejscu magicznym, bo znanym mi tylko z opowieści. Jadała do objedzenia, prawie do pęknięcia, do "już nie mogę". Bo takie pyszne, że przestać się nie udaje. A potem zakładała się z braćmi (wiecie, jak rodzeństwo potrafi podpuścić ;) ), że zje jeszcze 20. Wybierali dorodne, największe myśląc, że nie da rady. Zawsze wygrywała.

Dla ciekawych: hyzop wygląda tak i podobno stosuje się go głównie do potraw gotowanych i mięs...


niedziela, 29 czerwca 2014

Łosoś z grilla

Skojarzenia, asocjacje. Jedne biegną za drugimi. Łosoś z grilla kojarzy mi się z czerwcową Łebą. Wakacjami nie będącymi do końca odpoczynkiem. Czasem trudnym dla mnie. I pewnie dla tych, z którymi te wakacje spędzałam. Oczekiwaniem, co będzie. Z nadzieją, że to moje życie da się poskładać na nowo, że dam radę, mimo, że  właśnie nastąpiła  niepiękna katastrofa.
Czerwcowa Łeba była... stosunkowo pusta. Dopiero przygotowywała się na najazd letników. Jeszcze leniwie się rozkręcała w oczekiwaniu na sezon. Na plaży dało się wcisnąć szpilkę, co więcej bez problemu można było znaleźć miejsce i sąsiedzi nie zaglądali do naszego grajdołka. Było całkiem, całkiem, choć trochę smutno.
Nie byłam później w Łebie. Nie wiem nawet, czy knajpa (na szczęście już otwarta, a nie dopiero przygotowująca się do sezonu) w której jadałam pysznego łososia z grilla jeszcze istnieje. Jakoś nie przyszło mi wtedy do głowy, że można samemu pobawić się w odtwarzanie smaków. Nie wpadłam też na to, że można spróbować zapytać  o przepis kucharza. Choć wątpię, czy by zdradził, czym tak genialnie łososia doprawiał.
Minęło wiele lat. Smutek czerwcowej Łeby się zatarł i te wakacje wspominam coraz milej. Wszak byłam piękna i młoda, a co najważniejsze miałam nadzieję, że jeszcze będzie wspaniale. Łosoś nadal żyje w moich wspomnieniach. Nie, nie udało mi się go odtworzyć. Przez tyle lat nie da się zapamiętać smaku. Ten, którego robię, z tamtym ma tylko wspólny koperek i gruboziarnistą musztardę. I jeszcze to, że jest przepyszny ;).



Łosoś z grilla 

składniki dla 4 osób:
  • kawałek łososia o wadze ok. 600 g (najlepiej 4 dzwonka, ale może być też filet ze skórą)
  • marynata:
    • 1,5 łyżeczki octu z białego wina
    • 1,5 łyżeczki wody
    • 3 łyżeczki musztardy francuskiej z całymi ziarenkami gorczycy
    • 0,5 łyżeczki sosu worcestershire
    • 1/3 łyżeczki soli
    • 0,5 łyżeczki syropu z agawy lub miodu (wielokwiatowego lub z lipy)
    • 3 łyżeczki oleju
    • 3 łyżki posiekanego świeżego koperku
Łososia umyć i osuszyć. Wymieszać składniki marynaty i natrzeć nimi rybę. Włożyć do lodówki na 1-2 godziny (można też to zrobić poprzedniego dnia). Rozgrzać grill. Powoli piec na nim łososia położonego na tacce, po jakimś czasie przewrócić na drugą stronę. Delikatnie rozdzielić mięso widelcem sprawdzając, czy jest już gotowy.
Czasu grillowania niestety nie potrafię jednoznacznie określić. Zależy on od tego, jak mocno rozpalony jest grill. Lubię uzbroić się w cierpliwość i dać rybie powoli dojść na nie bardzo gorącym grillu. Wychodzi wtedy soczysta i pełna smaku.
Dużo lepiej na grillu sprawdzają się dzwonka. Nie rozpadają się przy przewracaniu i w rezultacie na talerzu wyglądają bardziej atrakcyjnie. Nie wiem w sumie dlaczego łatwiej dostępny jest filet. Grilluję go w całości (na porcje dzielę już gotowy), kładę go najpierw skórą do dołu, zżymam się, że przy przewracaniu mi się lekko rozpada, za to przy jedzeniu mniej jest zabawy z ośćmi. Może nie wygląda do końca jak z topowej restauracji, ale smakuje wybornie. Na przykład z michą sałaty z ziołami i truskawkami w sosie z octu balsamicznego. Pycha.


Na grillu u mnie rzadko bywa mięso czy kiełbasa. A jeśli nawet, to nie są to główni bohaterowie. Łosoś i warzywa, czasem grzyby dużo bardziej mi odpowiadają. Proste smaki, a jakie dobre.
Czasami pada deszcz. Spacer w kaloszach i pod parasolem - tak. Rozpalanie grilla - jednak nie. Taki łosoś świetnie też wychodzi smażony na patelni grillowej.
Kupuję łososia norweskiego. Bo smaczny, bo łatwo go dostać, bo mimo, że dziki łosoś może i zdrowszy, to norweski też zdrowy i go lubię. A Norwegia (i w ogóle Skandynawia) dobrze mi się kojarzy. Może już czas się tam wybrać i sprawdzić, czy rzeczywiście jest fajna? ;) 


Grilluj z łososiem norweskim!

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Magiczna nalewka czarownic

Przygotowuje się do nocy Kupały. Nie, nie robi wianka z ziół, nie wstawia do niego świeczki i nie zamierza puszczać na wodę. Jeszcze nie. Nie w tym roku. Jeszcze mąż może zaczekać. Aż spotka tego, w którym się zakocha. Aż będzie pewna, że to ten...
A może już tego męża ma? Tego, który ją kocha nad życie. I szanuje. On wie, że w tę noc nie jest dla niego...
Przygotowuje się do nocy Kupały. Gromadzi korzenie, słodki miód. Spirytus.
Idzie się kąpać. Zanurza do wody z pianą. Wszak to noc wody. 
Wkłada na gołe ciało suknię. Tę ulubioną, powłóczystą, delikatnie ją otulającą. W ogrodzie blask księżyca. Wszak to także jego noc.
Idzie zebrać orzechy. Zielone. Płaczące ciemnym sokiem, który trudno zmyć. Dorodne. To noc urodzaju.
W swojej kuchni zapala świeczkę. Noc ognia. Miękki płomień uprzytulnia mrok. Jest bezpiecznie i miło. Będzie nalewka. Magiczna nalewka czarownic. Ta, która ją robi, wie. Jest w niej mądrość. Dobra mądrość. Źli ludzie mówią o takich wiedźma, czarownica. Ale nie myślmy o złych ludziach, którzy boją się nalewek i ziół, a jeszcze bardziej kobiet je robiących.
Już. Trzeba odstawić słój na okno. Rano zajrzy do niego słońce. Wszak to także jego noc.


Magiczna nalewka czarownic

składniki:
  • 13 zielonych orzechów
  • 10 ml miodu
  • 10 g cukru (może być biały, może być trzcinowy)
  • 2 laski cynamonu
  • 0,25 gałki muszkatołowej
  • 0,5 l spirytusu
  • 0,25 l wódki
Orzechy umyć i pokroić w plastry (albo w inne nieduże kawałki). Koniecznie w rękawiczkach, strasznie brudzą. Wrzucić je do słoja. Dodać cynamon, startą gałkę i miód. Zalać wymieszanym spirytusem z wódką. Zamknąć, odstawić w nasłonecznionym miejscu na 6 tygodni. Co parę dni wstrząsać słojem, by miód się rozpuścił. Po tym czasie zlać nalewkę wyrzucając orzechy.
Zagotować cukier w małej ilości wody. Gdy ostygnie, przecedzić przez sitko wyłożone gazą. Wlać do nalewki. Odstawić na kolejne 6 tygodni.
Przecedzić powstałą nalewkę starając się, by osad się do niej nie dostał. Wlać najlepiej do ciemnych butelek. Odstawić na co najmniej 3 miesiące (w ciemne miejsce, w tej chwili nalewka nie lubi już słońca).



Nalewka zrobiona. To nie do końca prawda, że ta noc nie jest dla męża. Wszak to noc płodności, radości i miłości. Zrzuca sukienkę, wślizguje się do wygrzanego łóżka. Nalewkę będą próbować później... ;)


To oczywiście opowieść, bajka. Wymyślona. Jak w wielu opowieściach, trochę prawdziwych rzeczy w niej jest. Nie trzeba jej robić dokładnie w noc Kupały czy w noc świętojańską. Jednak dzięki nazwie i nawiązujecemu do niej zaleceniu, żeby właśnie w tę noc robić nalewkę, łatwiej zapamiętać, że orzechy są właśnie teraz najlepsze. Już spore, ale w środku jeszcze nie zdrewniałe, dają się pokroić. Taki stan trwa parę tygodni. W moich okolicach w tym roku właściwie jeszcze są za małe, myślę, że można z tydzień lub dwa poczekać. Ale już o nich pamiętam, bo wszak to magiczna nalewka czarownic związana z nocą świętojańską ;). Kiedyś robiłam tę nalewkę w połowie lipca i jeszcze dało się pokroić orzechy, choć przyszło mi to z trudem. Nalewka wyszła jak zwykle bardzo dobra, problem był tylko z krojeniem.
13 też się kojarzy z czarownicami, prawda? Myślę, że stąd ta liczba orzechów. Nie robimy lekarstwa (choć akurat ta nalewka, jak każda z orzechów włoskich, świetnie się sprawdza w dolegliwościach żołądkowych), nie trzeba się jej sztywno trzymać. 12 dużych czy 14 małych będzie też dobrą ilością.
Dobra jest z miodem lipowym, dobra z gryczanym. Myślę, że z innym też wyszła by pyszna. 
3 miesiące może się przedłużyć. Jak długo stoi (tylko koniecznie w ciemnym miejscu), robi się jeszcze lepsza. 

Przepis znalazłam bardzo dawno (z kilkanaście lat temu) na jakimś forum. Teraz już nie jestem w stanie go znaleźć. Pewnie nawet nie było do końca kulinarne. Wypróbowałam i powtarzam. Przepis jest tego wart.


niedziela, 15 czerwca 2014

Dżem truskawkowy

Czas truskawek. Totalny. Małe, pachnące owoce kuszą i namawiają. Kupuję łubiankę za łubianką. Jemy. Marudzimy: o te dzisiaj jakieś trochę mniej smaczne. Albo zachwycamy się: jej, ale dobre i sięgamy po kolejny owoc, zaraz się kończą. To czas truskawek i dobry dla nich rok. Ach!
Wyhodowałam żmije na memłonie (wiem, wiem, to nie jedno słowo, ale dwa, ale memłono to zupełnie co innego niż mem łono ;) ). W spiżarce nic ich nie kusi. Jak nie przyniosę i pod nos nie podstawię, to sami nie pójdą. Nie to nie, wolą kupne dżemy - trudno. Z koniem kopać się nie będę. Nie zrobię kolejnych dżemów, będę miała więcej czasu...
 Tyle, że są wyjątki.
Wyjadamy owoc za owocem i nagle pada pytanie: Co z dżemem truskawkowym? Chyba już najwyższy czas! Jak to nie będziesz robić? Bo stoją jeszcze słoiki w spiżarce? Jakie słoiki? No przecież nie z dżemem truskawkowym. Już dawno zjedliśmy. Nie mów, że nie zrobisz!
Rzeczywiście, stoją słoiki, ale inne. Obiecali pomóc, przekonali mnie. Kupujemy łubiankę za łubianką, obrywamy ogonki, robimy dżem. Najlepszy na świecie. Pełen smaku i aromatu. I barwy. Bez obłędnych ilości cukru (klasyczny przepis, który każe wziąć kilogram cukru na kilogram owoców, nie dla nas). I znów stoją słoiki w spiżarce. Mam wrażenie, że długo stać nie będą ;).



Dżem truskawkowy

składniki na ok. 4-5 słoików 300 ml:

  • 1 kg truskawek
  • 380 g cukru
  • 2,5 łyżki pektyny
  • 1 łyżka soku z cytryny

Umyć truskawki. Obrać ogonki, włożyć do garnka. Cukier wymieszać z pektyną. Zasypać nim truskawki. Odstawić do lodówki na noc (najmniej na 6 godzin).
Następnego dnia doprowadzić do wrzenia, zmniejszyć ogień do minimum i gotować mieszając 5-6 minut zbierając tworzącą się pianę. Wlać sok z cytryny. Wymieszać. Przekładać do wyparzonych słoików i pasteryzować 20 minut.



Zamiast cukru z pektyną można użyć cukru z żelfixem 3:1. Tyle, że żelfix ma konserwanty, a ja staram się ich unikać.
Dżem ma dużo ładniejszy kolor, gdy odstawi się truskawki zasypane cukrem na noc. Nie wiem dlaczego tak jest, ale to prawda.
 

Milion smaków truskawek

sobota, 7 czerwca 2014

Rabarbarowe ciasto sypane - najprostsze na świecie

Są takie dni, gdy nic się nie chce. Tu strzyka, tu boli. Starość (?). W odrostach coraz więcej białych nitek, trzeba znowu zmierzyć się z farbowaniem. Nie lubię. I te wkurzające okulary do czytania...
Są takie dni, gdy nic się nie chce, BO TAK. To nie starość ;). Choć najchętniej warczałoby się: nie ruszaj mnie i chowało do kąta z czymś fajnym (książką ?, filmem ?) byle przeczekać. 
Są takie dni, gdy nic się nie chce... Toż to najpospolitsze w świecie lenistwo. Jeden z grzechów głównych. Ujć, niedobrze.
To ciasto jest wprost idealne na takie "nic się nie chce". Może nie jest szczytem elegancji, ale... Najprostsze na świecie. I jakie pyszne!




Ciasto sypane z rabarbarem

składniki na tortownicę o średnicy 24 cm:
  • 1 kg rabarbaru
  • 6 łyżek cukru (może być demerara, może biały)
  • 2 łyżki mąki ziemniaczanej
  • 0,5 łyżeczki mielonego kardamonu
  • 1 szklanka mąki pszennej (użyłam razowej, ale dobre też ze zwykłej)
  • 1 szklanka cukru trzcinowego demerara
  • 1 szklanka bułki tartej (można zastąpić kaszą manną)
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 kostka (200 g) masła
Piekarnik nagrzać do temperatury 170°C (z termoobiegiem) lub 180°C  (bez).
Rabarbar umyć, odciąć liście i obrać. Pokroić na plasterki (na oko, między 5 a 8 mm). Wymieszać z 2 łyżkami mąki ziemniaczanej, 6 łyżkami cukru i kardamonem.
W misce wymieszać mąkę, cukier, bułkę i proszek do pieczenia. Tortownicę (o średnicy 24 cm) wysmarować masłem. Wsypać połowę mieszaniny (1,5 szklanki) tak, by równomiernie pokryła dno. Rozłożyć na niej przygotowany rabarbar. Łyżką posypać resztą suchych składników. Masło pokroić na plasterki i rozłożyć na wierzchu.
Wstawić do rozgrzanego piekarnika na dolny poziom. Piec godzinę i 10 minut. Jeśli góra zacznie się za mocno rumienić - przykryć folią aluminiową.
 

Najlepiej podawać z bitą śmietaną - do tego ciasta dobra ilość to pół litra śmietanki i 2 łyżki cukru z wanilią.
  

Cukier trzcinowy użyty do tego ciasta, nadaje mu fajny smak. Można go wprawdzie zastąpić zwykłym białym, ale wydaje mi się, że z gorszym skutkiem.
Rabarbar puszcza sok, masło się rozpuszcza. Jeśli piecze się w nie do końca szczelnej tortownicy, warto pod nią podłożyć spory kawałek folii aluminiowej. 

Rabarbar już się niestety w tym roku kończy. W lipcu będzie w nim za dużo szczawianów, żeby go jeść. To naprawdę ostatnie chwile, by wypróbować to ciasto.

Rabarbalove

czwartek, 22 maja 2014

Czekoladowe kokosanki

 
Miałam o nich napisać już dawno. Bo są absolutnie zachwycające. Idealne. Łatwe, proste i przyjemne. Piekłam je z pięć czy sześć razy, żeby im zrobić zdjęcia i... światło było nie takie, czasu nie miałam lub pomysłu na opowieść na fotografii. I jakoś tak się zjadały dużo szybciej niż ja się
zebrałam. Tak było zimą, gdy hoduje się tłuszczyk i z braku sezonowych produktów wykorzystuje te, co są dostępne cały rok.
Teraz już wiosna w pełni kusi szparagami i rabarbarem, rodzime truskawki też już są (pierwsze jadłam, drogie jeszcze, więc niedużo, ale jakie pyszne!). I jak tu pisać o czekoladzie i kokosie?
Jednak napiszę. Też dlatego, że przepis rewelacyjny i warto się nim podzielić. Szkoda, żebym zapomniała go tu zamieścić ;).



Czekoladowe kokosanki

składniki:
  • 5 białek (ze średnich jajek)
  • 9 łyżek cukru (ok. 130 g)
  • 1 łyżka cukru z wanilią
  • 200 g wiórków kokosowych  
  • 100 g gorzkiej czekolady
Czekoladę włożyć na 10-15 minut do zamrażalnika i zetrzeć.
Do garnka wlać wodę tak, aby postawiona na nim miska jej nie dotykała. Zagotować i zmniejszyć ogień. Ustawić miskę (używam metalowej), wsypać cukier, wiórki i wlać białka. Zamieszać, wsypać startą czekoladę. Mieszać do uzyskania gęstej, jednolitej masy. Odstawić do ostygnięcia.
Piekarnik rozgrzać do 170 stopni (z termoobiegiem, bez do 180).
Blachę wyłożyć papierem do pieczenia (bądź matą silikonową) i łyżką układać na niej porcje masy (można też włożyć do rękawa i fantazyjnie wyciskać). Piec ok. 12-16 minut do lekkiego przyrumienienia. Studzić na kratce.
Wyszło mi 50 czekoladowych kokosanek.



Czekoladę  można pracowicie ścierać na tarce, ale można też połamać na kawałki i zmiksować w takim kubku z nożem.
Piekłam te kokosanki wiele razy. Wychodziły prawie zawsze rewelacyjne. Prawie czyni różnicę. Otóż raz masa była jakby za sucha, nie do końca się sklejała. Ciasteczka też wyszły trochę za suche. Smaczne, ale tylko poprawne. Teraz, gdyby mi się zdarzyła taka sytuacja, dodałabym jeszcze jedno białko.

Czekoladowe kokosanki świetnie się nadają, by zabrać je na piknik i upiec dla mamy:


Piknik majowy Co mamy dla mamy? Dzień Matki 2014 Zdrowe fingerfood

niedziela, 18 maja 2014

Ciasto jaglane z rabarbarem - bez glutenu, jajek i nabiału



Są ludzie i są parapety, mawia moja najstarsza córka. I coś w tym jest. Czasami ktoś, o którym myślę, że jest fajny, miły, dobry, zachowuje się tak, że aż mnie zatyka ze zdziwienia, że tak można. No i okazuje się, że nie ludź, a parapet. I co z tym zrobić? Przejąć się? Szkoda nerwów. Potraktować "siłom i godnościom osobistom"? Tak lepiej. Tylko, żeby naprawdę, żeby w środku czuć, że nie boli, a nie tylko pokazywać, że wszystko w porządku. 
A żeby w środku nie bolało, to trzeba mieć gdzie ładować akumulatory. Mieć grono, na które można liczyć. Z którym beczkę soli się zjadło i o którym wiadomo, że jak naprawdę coś się stanie, to nie zostanie się samemu. Nawet jeśli w zaganianiu codziennym nie ma czasu na częste kontakty, spotkania. 
Mam to szczęście, że w moim życiu są ludzie ważni dla mnie i mi życzliwi. Tak to czuję i dobrze mi z tym. I nawet, jak ktoś zachowuje się, jak parapet, to bardzo się tym nie przejmuję :). 
Klaudyna ogłosiła akcję "Kasza jaglana na słodko". Już myślałam, że się nie wyrobię, mimo że miałam pomysł i składniki. I wtedy okazało się, że jedna z osób, która jest dla mnie ważna (i która na pewno nie jest parapetem) nie powinna jeść glutenu. No a poza tym dziś Światowy Dzień Pieczenia Wprawdzie te wszystkie dni czegoś, to jakaś hucpa, ale... upieczenie czegoś dla ważnej osoby, to fajna rzecz. Specjalnie dla Asi:



 Ciasto jaglane z rabarbarem

składniki na tortownicę o średnicy 24 cm:
  • ciasto:
    • 1,5 szklanki kaszy jaglanej
    • 0,5 szklanki + 9 łyżek cukru trzcinowego demerara (czyli 260 ml)
    • 0,5 szklanki mąki kukurydzianej
    • 5 łyżek mąki ziemniaczanej
    • 1 kg rabarbaru
    • 0,5 łyżeczki mielonego kardamonu
    • 0,25 łyżeczki mielonego cynamonu
    • 80 g masła + do wysmarowania tortownicy (lub margaryny bezmlecznej)
  • sos:
    • 150 ml jogurtu naturalnego
    • 1 łyżeczka cukru z prawdziwą wanilią
    • 0,25 łyżeczki mielonego kardamonu
    • szczypta mielonego cynamonu
Ugotować 1 szklankę kaszy jaglanej (do garnka wlać trochę oleju, wsypać 1 szklankę kaszy, chwilę poprażyć mieszając, zalać 2 szklankami wrzątku, wsypać dużą szczyptę soli, przykryć i na małym ogniu gotować 20 minut). Zostawić do ostygnięcia.
Tortownicę wysmarować tłuszczem.
Piekarnik rozgrzać do 170°C (z termoobiegiem) lub 180°C  (bez).
Ugotowaną kaszę wymieszać z 0,5 szklanki surowej, 0,5 szklanki mąki kukurydzianej, 0,5 szklanki cukru trzcinowego i 3 łyżkami mąki ziemniaczanej. 3,5 szklanki powstałej mieszaniny zmiksować (nie musi być bardzo dokładnie) i wyłożyć nią dno tortownicy. Wyrównać.
Rabarbar umyć, odciąć liście i obrać. Pokroić na 2-3 mm plasterki. Wymieszać z 2 łyżkami mąki ziemniaczanej, 6 łyżkami cukru, 0,5 łyżeczki kardamonu i 0,25 łyżeczki cynamonu. Ułożyć w tortownicy. Posypać pozostałą (niezmieloną) częścią kaszy z dodatkami. Całość posypać 3 łyżkami cukru. Masło (lub margarynę) pokroić na plasterki i ułożyć na wierzchu ciasta. Piec 40 minut, potem odkryć i piec aż wierzch się przyrumieni (trwa to ok. 20 - 30 minut). Studzić na kratce (przed wyjęciem z tortownicy odczekać co najmniej 10 - 15 minut).
W czasie pieczenia przygotować sos: jogurt wymieszać z cukrem z wanilią, kardamonem i cynamonem.
Ciasto można podawać ciepłe lub letnie. Pyszne samo i z jogurtowym sosem.


Użyłam masła, bo my możemy je jeść. Jednak, gdy nie jest dozwolony nabiał w żadnej postaci, można je zastąpić margaryną bezmleczną.
1 szklanka surowej kaszy, to po ugotowaniu ok. 4 szklanki.
Opracowując przepis wzorowałam się na przepisie na szarlotkę jaglaną Olgi Smile.


”kasza
Rabarbalove

czwartek, 15 maja 2014

Szparagi orientalne

Szparagi moja miłość...
Szparagi monamur... mruczę udając poliglotkę od siedmiu boleści. Mruczę odłamując końcówki i się zastanawiam, czy jednak nam się nie przejedzą. Czekanie z utęsknieniem na koniec sezonu nas zaraz dopadnie? Koniec sezonu na ukochane szparagi witany z ulgą? Niedoczekanie, czas wprowadzić jakieś urozmaicenie.
Kopczyk odłamanych końcówek mi rośnie. Jeden, drugi, zupa będzie. Ekstra. Fajnie. Uwielbiam ją. Gdyby nie to, że ogrodniczka ze mnie taka, jak z koziej tylnej instrument dęty, to może bym kopczyk ze szparagami w ogródku założyła...?
Szparagi, miłość... Afrodyzjak? Czy ja wierzę w afrodyzjaki? Z czym się kojarzy kształt szparaga? Ostatnio gdzieś przeczytałam, że należy bardzo starannie wypłukać w wodzie łebki szparagów, żeby żadne ziarenko piasku nie pozostało. Niby racja, piasek w trakcie nie należy do przyjemności. Inna sprawa, że nigdy piasek podczas jedzenia szparagów nie chrzęścił mi w zębach, a główek wcześniej specjalnie nie myłam... Najlepszy afrodyzjak wg. mnie, to umysł i skojarzenia, tak à propos.
Może jednak odstąpić od najłatwiejszego i najpyszniejszego pieczenia (umyć, odłamać końcówki, ew. obrać, włożyć do wysmarowanego tłuszczem naczynia i na 8-10 minut do gorącego piekarnika)? Zarzucić najprostszą prostotę? Może spróbować innego sposobu na szparagi?


Szparagi orientalne

składniki:
  • 2 pęczki zielonych szparagów
  • 2 cm kawałek imbiru
  • 2-3 cebulki szalotki lub cebulki dymki
  • 2 ząbki czosnku
  • 1 ostra papryczka (niekoniecznie)
  • 1-2 łyżki oleju do smażenia 
  • sos:
    • 4 łyżki sosu ostrygowego
    • 4 łyżki wody
    • 1 łyżka oleju sezamowego 
  • 2 łyżki sezamu
Szparagi umyć (do jakiegoś naczynia wlać czystej wody i pomajtać w nim łebkami, a nuż rzeczywiście jakiś piasek musi się z nich wypłukać?). Odłamać końcówki (zostawić na zupę - warto lub wyrzucić). Łodygi pokroić w 3-4 cm kawałki. Imbir i czosnek obrać. Czosnek pokroić na plasterki, cebulki i imbir drobno posiekać. Papryczkę przekroić na pół, usunąć pestki i pokroić w paseczki.
Na małej suchej patelni uprażyć sezam ciągle mieszając aż leciutko ściemnieje.
W miseczce wymieszać wszystkie składniki sosu.
Na dużej patelni (lub w woku) rozgrzać olej i wrzucić czosnek, cebulkę, imbir i papryczkę. Smażyć ciągle mieszając ok. pół minuty. Dodać przygotowane szparagi. Smażyć często mieszając aż trochę zmiękną (trwa to 2-3 minuty). Wlać sos, pomieszać, zagotować i lekko odparować, aby zgęstniał i oblepił szparagi. Podawać posypane uprażonym sezamem.


Takie szparagi można jeść same, można z ryżem, można jako dodatek do smażonego/pieczonego łososia. Można je włączyć do przyjęcia w stylu chińskim (takim, o którym pisałam w poście o bakłażanach). Wprawdzie sos ostrygowy jest charakterystyczny dla kuchni tajskiej, ale myślę, że będą pasowały. Wszak to szparagi orientalne.

Przepis Agnieszki Kręglickiej. Jak najbardziej wart polecenia.



Szparagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...